środa, 17 sierpnia 2016

"...lecz i oni otrzymali po denarze..."

(fot. Agnieszka Skowrońska)
 
Władza. Cel i obiekt tak wielu ludzkich marzeń i dążeń. Niejednokrotnie człowiek sobie myśli: „Gdybym to ja miał władzę i pieniądze...o, to inaczej bym ten mój świat urządził.” I być może przychodzi w końcu taki dzień, w którym pragnienie władzy przemienia się w rzeczywistość. Dobrze, jeśli w sercu rządzącego jest mocne postanowienie, aby jego decyzje miały na względzie dobro wspólne. Źle, kiedy mają na względzie tylko dobro jego samego.

Wtedy następuje dramat. Taki, o jakim słyszę w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Proroka Ezechiela: „Pan skierował do mnie te słowa: "Synu człowieczy, prorokuj o pasterzach Izraela, prorokuj i powiedz im, pasterzom: Tak mówi Pan Bóg: 'Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się owce moje, bo nie miały pasterza, i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza polnego. Rozproszyły się, błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku, i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał.'” (Ez 34,2-6)

Nieodparcie ten opis kojarzy mi się z sytuacją, jaką ja sama przeżywałam na rynku pracy oraz jaką przeżywali moi znajomi. Pewnie nie to dokładnie miał na myśli prorok Ezechiel, ale Słowo Boże przecież nie jest abstrakcją. Jest ponadczasowe i bardzo mocno osadzone w rzeczywistości. Instrumentalne traktowanie ludzi bezrobotnych, ale i pracowników, to nie jest jakaś upiorna bajka. Na ten temat można by raczej napisać wywiad-rzekę.

Temat bezrobocia podejmuje też dzisiejsza Ewangelia we fragmencie o robotnikach, czekających na zatrudnienie w winnicy. Jakże boleśnie, ale i prawdziwie brzmi ich odpowiedź na zapytanie gospodarza-pracodawcy: „Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: 'Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?' Odpowiedzieli mu: 'Bo nas nikt nie najął'. Rzekł im: 'Idźcie i wy do winnicy.” (Mt 20,6-7)

„Nikt nas nie najął...” – czyli ‘Nikt nas nie chciał, jesteśmy jak bezużyteczne rzeczy, czujemy się jak śmiecie.’ Nie wyolbrzymiam. Mam prawo tak napisać, bo samej mi to przyszło przeżywać i to niejeden raz. Wiem, jak się czuje człowiek bezrobotny, ale wiem, jak też czuje się człowiek, któremu dano szansę pracy. Jak bardzo cieszą jej owoce i zapłata za nią. Jak raduje KAŻDA złotówka...

Robotnicy z dzisiejszej Ewangelii otrzymali wszyscy po równo, po denarze - bo na tyle była zawarta ‘umowa’. Nic w niej nie było napisane drobnym drukiem, którego z reguły się nie czyta. Wszystko było jasne od początku. A jednak ta sprawiedliwość stała się powodem szemrania zwłaszcza tych, którzy pracowali najdłużej, a otrzymali taką samą zapłatę, jak pracownicy ostatniej godziny. Ale właściciel winnicy odpowiada na zarzuty tak: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20,13b-15)

Pamiętam dobrze dzień, w którym szemrałam wobec Boga podobnie, jak ci robotnicy: ‘Panie Boże, już tyle lat robię dla Ciebie tak wiele rzeczy...a nic mi się nie układa. Układa się innym, ale nie mnie. Innych wynagradzasz jakby bez ich wysiłku, a ja - mimo tylu wysiłków - nie mam nawet jednej setnej tego, co oni mają...’ Pamiętam ten dzień - i bardzo się go wstydzę. Wstydzę się także, ilekroć takie szemranie pojawia się na nowo w moim sercu. Zły przecież nie śpi...i nie przepuści żadnej okazji, aby takie "opary szemrania" na nowo w ludzkim sercu wzbudzić.

Zaczynam jednak - choć bardzo powoli - rozumieć tę prawdę, że zasady Bożej "pensji" nie są ustalane na ziemi i nie mogę jej obliczać wysługą lat lub dzieł w Jego służbie. Bóg naprawdę nie chce niczyjej krzywdy, bo jest dobrym Pracodawcą. W Jego winnicy każdy może znaleźć miejsce i pracę dla siebie. I ufać, że już i na tej ziemi, ale na pewno w Niebie ‘Boża wypłata’ przewyższy wszelkie ludzkie oczekiwania i pragnienia.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"...gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny..."

(source: Pixabay)
Niebo. Ciągle osłonięte mgłą tajemnicy, bo jest tajemnicą wiary. Każdy z ludzi wyobraża je sobie inaczej i ma do tego prawo, bo trzeba przekroczyć bramy wieczności, by doświadczyć, czym jest ten stan. W Katechizmie Kościoła Katolickiego można znaleźć takie słowa na opisanie czegoś, czego opisać się nie da: „To doskonałe życie z Trójcą Świętą, ta komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi, jest nazywane "niebem". Niebo jest celem ostatecznym i spełnieniem najgłębszych dążeń człowieka, stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia. Żyć w niebie oznacza "być z Chrystusem"  Wybrani żyją "w Nim", ale zachowują i - co więcej - odnajdują tam swoją prawdziwą tożsamość, swoje własne imię” (KKK 1024-1025)

Wielu najróżniejszych artystów próbowało na swój sposób wyrazić choć przeczucie tego, do czego tęskni ludzkie serce - nawet wtedy, gdy nie zdaje sobie z tego sprawy. Każdy bowiem marzy o nadejściu takiego czasu, kiedy ‘będzie lepiej’, kiedy nie będzie zła, wojen, łez, głodu, zimna, nienawiści... Wielu próbowało Niebo opisać słowem, odmalować pędzlem lub nutami. Nikomu się to nie udało. Szkic bowiem zawsze będzie daleki od oryginału. W przypadku zaś Nieba właściwie zupełnie niepodobny, gdyż „...ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.” (1 Kor 2,9)

Kościół raduje się dziś uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat wiary przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w Konstytucji apostolskiej "Munificentissimus Deus". Kościół jednak niemal już od początku swojego istnienia wierzył, że Matka Boża, po zakończeniu ziemskiego życia, z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej.
 
Gdy staję przed Maryją i próbuję w medytacyjnej ciszy serca spotkać się z Nią, wtedy dostrzegam, że Jej życie nie było usłane różami. Wręcz przeciwnie: miecz boleści przeszywał nieraz Jej serce (por. Łk 2.35), a i słone łzy pewnie nie były obce Bożej Matce. Dlatego tym bliższa mi Ona jest: w troskach dnia codziennego i świątecznych radościach; w tym wszystkim, co wypełnia zwykłe ludzkie życie. Maryja przeszła przez nie cicho, jako pokorna Służebnica Pańska, otwarta na Boże wezwanie i posłuszna temu wezwaniu bez reszty.

Ta pokora i cichość Bożej Matki z całą pewnością budziła złość szatana, czyli tego, który jest uosobieniem wszelkiej pychy i który - niby smok - zieje nienawiścią do każdego, w kim dostrzega choć ziarno pokory. O tej walce pychy z pokorą słyszę także w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Ukazał się też inny znak na niebie: Oto wielki Smok ognisty, ma siedem głów i dziesięć rogów, a na głowach siedem diademów. Ogon jego zmiata trzecią część gwiazd z nieba i rzucił je na ziemię. Smok stanął przed mającą urodzić Niewiastą, ażeby skoro tylko porodzi, pożreć jej Dziecko. I porodziła Syna - mężczyznę, który będzie pasł wszystkie narody rózgą żelazną. Dziecko jej zostało porwane do Boga i do Jego tronu. Niewiasta zaś zbiegła na pustynię, gdzie ma miejsce przygotowane przez Boga.” (Ap 11,19a;12,1.3-6a)

Po czasie ‘pustyni’ ziemskiej, gdy dopełnił się czas ziemskiej pielgrzymki Maryi, została ona wzięta do Nieba. Ileż treści ma w sobie radosny okrzyk Kościoła, który w dzisiejszej prefacji woła ze świętym zadziwieniem do Boga: „Nie chciałeś bowiem, aby skażenia w grobie doznała Dziewica, która wydała na świat Twojego Syna, Dawcę wszelkiego życia.”

Okrzyk ten jest echem innego okrzyku, a raczej hymnu dziękczynienia „Magnificat” wyśpiewanego przez Maryję w Ewangelii: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest imię Jego.” (Łk 1,46-49)
 
Jeśli i ja przez całe swoje życie przejdę jako ‘służebnica Pańska’ w otwarciu na Bożą wolę, hojna w miłości i wytrwała w dźwiganiu codziennego krzyża - wtedy mogę mieć nadzieję wiary, że przyjdzie i dla mnie dzień, w którym dane mi będzie wyśpiewać mój osobisty ‘Magnificat’.

W dniu, który zna tylko Bóg, i przede mną otworzą się drzwi wieczności. Jeśli moim drugim imieniem w życiu będzie Miłość - wtedy za tymi drzwiami doświadczę tego, czego od zawsze pragnęło moje serce: Nieba.

O to, by tak się stało, pragnę błagać słowami modlitwy, którą także dziś zanosi Kościół, prosząc Boga o błogosławieństwo kwiatów i ziół: „...A gdy będziemy schodzić z tego świata, niech nas, niosących pełne naręcza dobrych czynów, przedstawi Tobie Najświętsza Dziewica Wniebowzięta, najdoskonalszy owoc tej ziemi, abyśmy zasłużyli na przyjęcie do Twojego domu" . Niech tak się stanie. Amen.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

"...Wy dajcie im jeść..."

(source: Pixabay)
 
O tym, jak wielką siłą oddziaływania charakteryzują się reklamy, wie chyba dobrze każdy z nas. Nie ma człowieka, który by nie stykał się z tym przedziwnym, pięknym, lecz nierealnym światem, do którego - jak wieść reklamowa głosi - wstęp ma każdy, kto mocno uwierzy w obietnice płynące z telewizyjnych ekranów, radiowych głośników, kolorowych bilboardów i plakatów. A obietnic tych jest sporo. W świecie reklamy w mgnieniu oka spełnia się każde ludzkie marzenie, zwłaszcza to o wielkim bogactwie i nieprzemijającej młodości.
Dzisiejszy człowiek jest osobą wiecznie spragnioną i często już nawet sam nie wie, czego tak naprawdę pragnie. Nie musi się jednak martwić: całą listę swoich najskrytszych pragnień znajdzie właśnie w reklamie. Cóż jednak ma uczynić, gdy to, co zdawało się być na wyciągnięcie ręki, okazuje się tylko mirażem? A serce, które miało odnaleźć spokój w krainie spełnionych marzeń - trawi jakaś niewytłumaczalna tęsknota?

Pragnąć jest rzeczą ludzką i Bóg to dobrze rozumie. Więcej: On sam dostrzega nasze najskrytsze pragnienia. Wysłuchuje z uwagą tych nieraz bezgłośnych błagań, zanoszonych przez ludzkie serca, lecz sposób, w jaki je spełnia, nie zawsze zgadza się ze scenariuszem wydarzeń, który powstał w naszym ludzkim umyśle i sercu. Z perspektywy czasu jednak dostrzeżemy, że to, co wydarzyło się w naszym życiu, jest dziełem Przedwiecznej Mądrości, pełnej miłości i jednocześnie wielkiego realizmu. Zaś dostrzegając tę Mądrość, która nas prowadziła, na pewno zrodzi się w naszym sercu wdzięczność, że dzięki temu Bożemu kierownictwu wiele razy uniknęliśmy błądzenia w ślepych uliczkach, w które chcieli nas skierować fałszywi prorocy. A oni istnieli, istnieją i istnieć pewnie będą.

O jednym z nich usłyszeć możemy w dzisiejszym pierwszym czytaniu z księgi Proroka Jeremiasza. Prorok Chananiasz w imieniu Boga zapewniał uciemiężony lud Izraela, że koniec ich niewoli jest bliski: „To mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Złamię jarzmo króla babilońskiego. W ciągu dwóch lat przywrócę na to miejsce wszystkie naczynia domu Pańskiego, które zabrał Nabuchodonozor, król babiloński, z tego miejsca, wywożąc do Babilonu. Jechoniasza, syna Jojakima, króla judzkiego, i wszystkich uprowadzonych z Judy do Babilonu sprowadzę na to miejsce - wyrocznia Pana - skruszę bowiem jarzmo króla babilonskiego.” (Jr 28,2-4)

Któż by nie słuchał chętnie takich słów? Któż, będąc w niewoli, nie tęskniłby za wyzwoleniem? Czyje serce by się nie uradowało, że koniec udręki jest tak blisko? A że człowiek często lepiej zapamiętuje widząc - i obrazy raz zobaczone mocno potrafią zapaść w ludzką świadomość - tak też pewnie i mocno zapadło w świadomość zgromadzonych w domu Pańskim, gdy Chananiasz wziął jarzmo z szyi Jeremiasza, które on obnosił po Jerozolimie, i połamał je: „I powiedział Chananiasz wobec całego ludu: To mówi Pan: Tak samo skruszę jarzmo Nabuchodonozora, króla babilońskiego, znad szyi wszystkich narodów w ciągu dwóch lat.” (Jr 28,11)

Czyż trzeba czytelniejszego znaku? Jednak ów znak nadziei okazał się być fałszywy: „Po połamaniu jarzma, [wziętego] z szyi proroka Jeremiasza przez proroka Chananiasza, skierował Pan do Jeremiasza następujące słowo: Idź i powiedz Chananiaszowi: To mówi Pan: Połamałeś jarzmo drewniane, lecz przygotowałeś zamiast niego jarzmo żelazne. To bowiem mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Wkładam jarzmo żelazne na szyję wszystkich tych narodów, aby służyły Nabuchodonozorowi, królowi babilońskiemu, i były mu poddane; także zwierzęta polne mu poddaję. I rzekł prorok Jeremiasz do proroka Chananiasza: Słuchaj, Chananiaszu! Pan cię nie posłał, ty zaś pozwoliłeś żywić temu narodowi zwodniczą nadzieję. Dlatego to mówi Pan: Oto usunę ciebie z powierzchni ziemi. Umrzesz w tym roku, bo głosiłeś bunt przeciw Panu. I zmarł Chananiasz prorok w tym roku, w siódmym miesiącu.” (Jr 28, 12-17)

Dla Narodu Wybranego przyjdzie czas wyzwolenia, ale nastanie on wtedy, gdy zechce tego Bóg - a nie fałszywi prorocy. Proroctwo Chananiasza miało zaspokoić pragnienie wolności Izraela, lecz okazało się, że nie tylko nie zaspokoiło, ale jeszcze bardziej je rozpaliło. Im większa nadzieja - tym większe rozczarowanie...

Jakże to podobne do naszych czasów! Tak często się zdarza, że im większe żywimy nadzieje, że coś się cudownie zmieni, że wygramy los na loterii, że szczęście, które sobie wymarzyliśmy, jest tak blisko - tym boleśniej przekonujemy się, że jednak niewiele z tych nadziei doczekało się spełnienia.
 
Pełni zawodu szukamy wtedy winnych; posądzając niejednokrotnie o złośliwość nie tylko rzeczy martwe, ale i naszych bliźnich, a nawet Pana Boga. A On tak bardzo pragnie, byśmy zaglądnęli w głębie naszych serc i spróbowali dostrzec w nich to największe pragnienie, które On sam nam zaszczepił: pragnienie Jego samego. Tak, jak głoszą słowa dzisiejszej aklamacji przed Ewangelią: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.” (Mt 4,4b)
 
Aby jakoś ugasić to pragnienie i zaspokoić ten głód, dzisiejszy człowiek sięga po różne pokarmy i schyla się nad różnymi - niekiedy brudnymi, bądź gorzkimi - strumieniami. I nie doznaje ukojenia. Może zadaje też sobie w końcu pytanie: czy jest coś lub ktoś, kto rozumie i może ugasić to pragnienie?

Odpowiedź znajdujemy w dzisiejszej Ewangelii, w której jesteśmy świadkami cudu rozmnożenia chleba: „Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.” (Mt 14, 13-21)

Wzruszająca jest ta Jezusowa troska, płynąca z Bożego Serca pełnego współczucia dla ludzkiej niedoli, która na propozycję Apostołów, aby odprawił tłumy, ma odpowiedź miłości: „Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!”

Cud uzdrowienia i rozmnożenia tego chleba dokonuje się po dziś dzień. Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy wejść do najbliższego kościoła, by spotkać tego samego Jezusa: tak czułego na każdą ludzką potrzebę; zasłuchanego w krzyk serca wołającego o choć odrobinę chleba dobroci. On nie każe się prosić. Nie tylko daje ów chleb, ale sam codzinnie staje się Chlebem: jedynym Pokarmem mającym moc zaspokoić wszelkie ludzkie pragnienia i potrzeby.

Może są i tacy, dla których Kościół to miejsce puste; dobre dla spóźnialskich, którzy zapomnieli, że żyją w świecie, w którym nie ma miejsca na Boże prawo. Może i zdarza się nam słyszeć ową zachętę świata, by kupować na jego targowisku nowoczesną żywność, zmodyfikowaną tak, żeby zadowolić nawet najwybredniejszy gust człowieka XXI wieku.
 
A jednak to Kościół był, jest i będzie tym najpiękniejszym miejscem, gdzie jest zawsze obficie zastawiony stół Słowa Bożego i Eucharystii; gdzie każdy może czuć się potrzebny i rozumiany. I to nie tylko do kapłanów, ale do każdego z nas, wszczepionych w Mistyczne Ciało Chrystusa, skierowane jest Jezusowe wezwanie: „Spragnieni i głodni nie muszą szukać pokarmu w supermarketach świata. Nie muszą odchodzić. WY dajcie im jeść...”

Lecz czym my możemy nakarmić te głodne rzesze naszych braci i sióstr? Miłością. Ona, błogosławiona i pomnażana przez Boga, nawet małe rzeczy czyni wielkimi. Nie bójmy się być dobrymi jak chleb; nie lękajmy się karmić miłością wszystkich, których Bóg stawia na naszej drodze, a będziemy nieustannie świadkami cudu. Mały chleb miłości wypieczony w naszym sercu i rozdany z hojnością nakarmi nie tylko nas, ale też wielu potrzebujących.

Na drogę do Nieba Jezus zostawił nam jako Pokarm samego siebie. Spotykajmy się z Nim w Eucharystii jak najczęściej, a doświadczymy, że to właśnie On - i tylko On - ma moc zaspokoić pragnienia ludzkich serc. Bo przecież „uczyniłeś nas, Panie, dla Siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie” (św. Augustyn)

środa, 27 lipca 2016

"...Twoje słowo stawało się dla mnie rozkoszą i radością serca mego..."

(source: Pixabay)
Nawrócenie. Kojarzy się często w jakimś błyskiem, jakąś iluminacją, jakimś przełomem na drodze człowieka, który pod wpływem łaski Bożej decyduje się uczynić decydujący zwrot w swoim życiu. Minęły może czasy, kiedy rezerwowano je dla wielkich grzeszników. Wiadomo bowiem, że każdy powinien się nawrócić. A nawet więcej: nawracać trzeba się nieustannie.

I to nie chodzi tylko o to, aby walczyć ze swoimi grzechami, pokonywać swoje słabości. Ale o to, aby podejmować w swojej woli, sercu, umyśle wolną decyzję o coraz większym miłowaniu Boga. Ponad wszystko i mimo wszystko.

W dzisiejszej Liturgii Słowa słyszę żale proroka Jeremiasza. On przecież nie czynił nic złego, a rozpaczliwie wołał, skarżąc się Bogu: „Biada mi, matko moja, żeś mnie porodziła, męża skargi i niezgody dla całego kraju. Nie pożyczam ani nie daję pożyczki, a wszyscy mi złorzeczą.  Ilekroć otrzymywałem Twoje słowa, pochłaniałem je, a Twoje słowo stawało się dla mnie rozkoszą i radością serca mego. Bo imię Twoje zostało wezwane nade mną, Panie, Boże Zastępów. Nigdy nie zasiadałem w wesołym gronie, by się bawić. Pod Twoją ręką siadałem samotny, bo napełniłeś mnie gniewem. Dlaczego mój ból nie ma granic, a rana moja jest nieuleczalna, niemożliwa do uzdrowienia? Jesteś więc dla mnie zupełnie jak zwodniczy strumień, niepewna woda.” (Jr 15,10;16-18)

Mocne słowa. Jeremiasz jest jednak szczery w swojej modlitwie, a to jest warunek prawdziwego dialogu z Bogiem. Bóg nie pozostawia zbolałego serca bez odpowiedzi, jeśli tylko ono naprawdę szczerze woła. Jednak jest wymagający wobec tych, których prawdziwie i mocno miłuje: „Jeśli się nawrócisz, dozwolę, byś znów stanął przede Mną. Jeśli zaś będziesz wykonywać to, co szlachetne, bez jakiejkolwiek podłości, będziesz jakby moimi ustami. Wtedy oni się zwrócą ku tobie, ty się jednak nie będziesz ku nim zwracał. Uczynię z ciebie dla tego narodu niezdobyty mur ze spiżu. Będą walczyć z tobą, lecz cię nie zwyciężą, bo Ja jestem z tobą, by cię wspomagać i uwolnić.” (Jr 15,19-20)

„Jeżeli się nawrócisz...” Czyli ‘Jeżeli całym sercem przylgniesz do mnie; jeśli mi zaufasz bezgraniczne-jak Dziecko ufa swojemu Ojcu. Jeśli złożysz swoje życie w moje dłonie i zawierzysz, że wszystko co Ci się przydarza - przechodzi najpierw przez nie...’ Prawdziwe nawrócenie to więc totalny wybór Boga. To ‘postawienie na Niego’; to zaufanie Mu bez reszty.

Podobnie jak człowiek z przypowieści, jaką słyszę w dzisiejszym fragmencie Ewangelii, który dla skarbu ukrytego w roli potrafi poświęcić swoje wszystkie dotychczasowe oszczędności, aby ją wykupić. I podobnie, jak kupiec, który dla nabycia drogocennej perły pozbywa się innych kosztowności.

Prawdziwe nawrócenie; prawdziwy wybór Boga musi być wyborem totalnym, bez półśrodków. To może wydawać się szalone: złożyć swoje życie w ręce Kogoś, kogo nie widzi się ziemskimi oczyma. Komuś, kto ukrył się w małym białym Chlebie. Kto jest, wydawało by się, tak kruchy i bezradny... A przecież w tym właśnie Chlebie ukrywa się Ten, któremu nawet wichry i jezioro są posłuszne. (por. Mt 8,27)

Gdy jednak będzie mi trudno wierzyć; gdy zagubię się w ciemnościach i gdy moja modlitwa będzie podobna do tej Jeremiaszowej- pełnej żalu i rozpaczy- wtedy Ty sam, Panie, daj mi na nowo łaskę nawrócenia i totalnego zaufania Twojej miłości. „Wszak mówi Pismo: żaden, kto wierzy w Niego, nie będzie zawstydzony.” (Rz 10,11)

poniedziałek, 25 lipca 2016

"Przechowujemy skarb w naczyniach glinianych..."

Św. Jakub Apostoł - figura z Bazyliki św. Janów na Lateranie
(fot. Agnieszka Skowrońska)
Wymagania, jakie stawia przed ludźmi ciągle zmieniająca się rzeczywistość, mogą przyprawić o zawrót głowy. Właściwie to już przestały być wymagania. Teraz nazywają się standardami. Wystarczy wymienić choćby kilka: dyspozycyjność 24 godziny na dobę, doskonałe zdrowie, nerwy jak ze stali, ciągły optymizm, kreatywność, różnorodne umiejętności z różnych dziedzin... Lista jest o wiele dłuższa. Jak wielu jest tych, którzy spełniają te wymagania? Być może wielu, ale cena za bycie i utrzymywanie się w tym gronie jest bardzo wysoka. Człowiek bowiem nie jest maszyną albo nadczłowiekiem. Ma swoje ograniczenia. Dotyczy to tak wymiaru fizycznego, jak i psychicznego oraz duchowego.

Często zwłaszcza w wymiarze duchowym trudno zaakceptować tę swoją nieporadność. To bycie ciągle ‘w drodze’, na której się potyka i upada. Może czasem z jakiegoś udręczonego serca wyrwie się okrzyk ‘Panie Boże! Jak chciałeś, żebym był doskonały – to czemu mnie takim nie stworzyłeś?!’
Pewnie taki okrzyk nie jest obcy Panu Bogu i pewnie słyszy On go płynący z serc ludzkich przez wiele wieków.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu Święty Paweł Apostoł w Drugim Liście do Koryntian stara się rozjaśnić choć trochę tajemnicę tych ludzkich ograniczeń, a często i bezradności: „Przechowujemy skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas. Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele. Tak więc działa w nas śmierć, podczas gdy w was - życie. Cieszę się przeto owym duchem wiary, według którego napisano: „Uwierzyłem, dlatego przemówiłem”; my także wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu.” (2 Kor 4,7-15)

Z własnego doświadczenia wiem, jak niewiele potrzeba, by poczuć pokusę bycia dla siebie „sterem, żeglarzem, okrętem”. Dzieje się tak najczęściej w momencie, w którym przychodzi złudna pewność siebie, że ‘mogę wszystko’ i że ‘teraz to już, Panie Boże, poradzę sobie sama’...

Pan Bóg widząc to pewnie się wcale nie obraża, ale wiedząc dobrze, że sobie bez Niego nie poradzę, w Swej Bożej mądrości niemal zawsze po takiej chwili ‘mocy bez granic’ zsyła mi doświadczenie ogromnej bezsilności. Czasem jest to bezsenna noc, czasem jakaś nieprzewidziana i trudna sytuacja, w której czuję się niepewna czy wręcz zagrożona, czasem jakaś dolegliwość zdrowotna... Dzieje się tak, bym przypomniała sobie, że prawdą o mnie jest bycie słabym człowiekiem, który może być silny - owszem - ale jeśli już, to tylko mocą Bożą.

Tę samą prawdę przypomina dzisiejsza aklamacja przed Ewangelią: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem, abyście szli i owoc przynosili.” (J 15,16). Moje istnienie i działanie jest owocem Bożej miłości, woli i Bożego wybrania. A nie moich zasług, czy też mojej siły, pomysłowości czy ‘obrotności’.

Szczególnego wybrania doświadczył patron dnia dzisiejszego – Święty Jakub Apostoł - którego święto Kościół dziś obchodzi. W Ewangelii słyszymy, jak matka Jakuba i Jana przyszła prosić Pana Jezusa o to, by jej synowie mogli zasiadać w Królestwie Bożym najbliżej Niego. „Odpowiadając Jezus rzekł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Odpowiedzieli Mu: „Możemy”. On rzekł do nich: „Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował”. (Mt 20,22-23)

I tak się faktycznie stało. Święty Jakub Apostoł wypił do dna kielich bólu- ponosząc śmierć męczeńską jako pierwszy z grona Dwunastu Apostołów w 44r.n.e. Został wydany na śmierć z powodu Jezusa i dziś w Królestwie Niebieskim, przebywając ze swoim Kochanym Mistrzem i Panem może powtarzać całym sercem słowa Psalmu 116: „Czym się Bogu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pana. Cenna jest w oczach Pana śmierć jego wyznawców. Panie, jestem Twoim sługą, Twym sługą, synem Twojej służebnicy, Ty rozerwałeś moje kajdany.”

Niech wstawiennictwo świętego Jakuba Apostoła wyjedna nam wierność Bogu nie tylko w ważnych, kluczowych momentach naszego życia, ale zwłaszcza w tej zwykłej, szarej codzienności. I niech uchroni od narzekania na nasze ludzkie ograniczenia, bo właśnie w nich i przez nie może objawić się w całej pełni Boża moc.

środa, 20 lipca 2016

"...pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę...."

(fot. Agnieszka Skowrońska)
 
Był to pewien grudniowy wieczór roku 1993. Jako młoda osoba, ciekawa wszystkiego, co niecodzienne, wybrałam się na uroczystość święceń kapłańskich, które tamtego wieczoru miał przyjąć pewien zakonnik - mój katecheta ze szkoły średniej. Towarzyszył On nam, swoim uczniom, na naszej drodze poznawania Pana Boga: a trzeba przyznać, że przybliżał Go na lekcjach w sposób bardzo ciekawy. Dzięki temu każdy, na miarę swojej otwartości na przekazywane treści, mógł wzrastać nie tylko w latach, ale i w tej Bożej mądrości.

Jako uczniowie także my towarzyszyliśmy naszemu katechecie modlitwą na drodze do dnia, w którym miał stać się kapłanem. Ja jednak chciałam na własne oczy się przekonać, JAK się to stanie. W kościele znalazłam sobie dobry punkt obserwacyjny, by nie stracić nic z tego, co się miało dziać.
 
Mogłam wtedy, mając 16 lat, nie rozumieć wszystkich obrzędów liturgicznych. Jednak kiedy nowo wyświęcony ojciec stanął przy ołtarzu, aby sprawować swoją pierwszą Eucharystię - nastąpił we mnie jakiś przełom i jakieś przeogromne zadziwienie, które zdumiało mnie samą. Ujął je potem w słowa sam udzielający święceń - już śp. - Ksiądz Arcybiskup Tadeusz Gocłowski, który zwrócił się pod koniec uroczystości do ojca neoprezbitera: „Od dziś, Ojcze, kiedy będziesz wyciągał dłonie nad chlebem i winem - one naprawdę staną się Ciałem i Krwią Pańską; kiedy zaś będziesz udzielał rozgrzeszenia - to sam Chrystus będzie odpuszczał ludziom grzechy...”

Wychodząc z kościoła nie mogłam uwierzyć w to, co przecież zdawało się być tak logiczne, choć prawdziwie "nie z tego świata". No, bo jak to?! Ten, z którym można było na przerwach i po lekcjach rozmawiać o wszystkim na poważnie i na żarty...przecież człowiek, jak każdy - a...tak wielką moc otrzymał i tak wielki skarb Pan Bóg w nim złożył! To od tamtego dnia jest we mnie szczególny, wielki szacunek wobec każdego kapłana. Każdy z nich bowiem to ‘alter Christus’ – i przez każdego z nich On sam chce działać.

Każdy kapłan mógłby pewnie, opowiadając o początkach swej kapłańskiej drogi, przytoczyć dialog podobny do tego, jaki stał się udziałem Jeremiasza, a który słyszę w dzisiejszej Liturgii Słowa: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię".  I rzekłem: "Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!". Pan zaś odpowiedział mi: "Nie mów: 'Jestem młodzieńcem', gdyż pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę. Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić", mówi Pan I wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: Oto kładę moje słowa w twoje usta.” (Jr 1,5-9)

Dlatego tak ważna jest świadomość uczestnictwa w liturgii Kościoła w otwartym sercem i z wiarą, że choć obrzędy liturgiczne dokonują się pod przewodnictwem kapłana i choć widzimy właśnie jego - to przez niego działa sam Chrystus.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus opowiada przypowieść o ziarnie, które, w zależności od postawy ludzkiego serca, może wydać owoc: czasem mniejszy, czasem większy. Niech zawsze umiem przyjmować Słowo Boże, jako słowo pochodzące z Nieba – jako pokarm dla mojego serca. Niech wydaje ono w nim plon stokrotny.
 
A kiedy przyjdzie przypadkiem chęć krytyki – i to dodatkowo często niesłusznej - tych, których Chrystus dał jako pasterzy swojego Ludu i głosicieli Słowa – niech Duch Święty szybko przemieni to zgorzknienie czy żal w modlitwę, aby nigdy i nigdzie nie zabrakło robotników na Żniwie Pańskim.

poniedziałek, 18 lipca 2016

"...Z czym stanę przed Panem...?"

(source: Pixabay)
Pewnego dnia, gdy jeszcze byłam uczennicą szkoły podstawowej, zorganizowano nam lekcję w Sądzie Rejonowym. Mieliśmy uczestniczyć w jednej z „lżejszych” spraw sądowych, choć trudno mi teraz dokładnie określić, w jakiej. Pamiętam owo „Proszę wstać, Sąd idzie!”- i równie dobrze pamiętam, jak przygnębiające wrażenie wywołała we mnie ta rozprawa, której byłam świadkiem.

„Jest jeden Bóg. Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Dwie pierwsze prawdy wiary. Nauczone, zapamiętane, przypominane. Ilekroć, zwłaszcza w dzieciństwie, je wypowiadałam, przed oczyma stawał mi obraz Boga - surowego Sędziego - i lęk budził się w moim sercu. Wydawało mi się, że takiego Sędziego nic nie zadowoli i daremne są moje wszystkie starania na drodze do Nieba. Jakże to męczące... Tak musieć „zarabiać” na Niebo! Tak wytężać wszystkie swoje duchowe siły, by choć o krok zbliżyć się do tego, jakże dalekiego i niedostępnego, Boga!...

Jednak...czyż to od niedostępnego, dalekiego Boga człowiek może usłyszeć te słowa: „Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi!” (Mi 6,3) Czyż nie tak woła zbolały Ojciec, zasmucony Tatuś, który widzi, że Dziecko wzgardziło Jego miłością? Miłujący Ojciec, zanim zacznie sądzić, najpierw przypomina i uświadamia Dziecku, jak bardzo je miłuje. I często już nawet nie trzeba kary, bo winowajca, zrozumiawszy w świetle ogromu ojcowskiej miłości swoją niewdzięczność i zło popełnionych win, gorąco za nie żałuje i przyrzeka, że będzie już odtąd lepszy.

Izrael był Narodem Wybranym: ukochanym Dzieckiem Boga. I tak, jak Ojciec troszczy się o swoje Dziecko, tak Bóg troszczył się o lud izraelski: „Otom cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli wybawiłem ciebie i posłałem przed obliczem twoim Mojżesza, Aarona i Miriam. Ludu mój, wspomnij, proszę, co zamierzał Balak, król Moabu, a co mu odpowiedział Balaam, syn Beora? Co było od Szittim do Gilgal - żebyś poznał zbawcze dzieła Pańskie.” (Mi 6, 4-5)

Bóg wyprowadził swój lud z Egiptu, przeprowadził go suchą stopą przez Morze Czerwone i przez Jordan. Zaś gdy Balak, król Moabu, bojąc się siły narodu izraelskiego, chciał, by prorok Balaam przeklął go - Bóg sam zainterweniował mówiąc do Balaama: „Nie możesz iść z nimi i nie możesz tego ludu przeklinać, albowiem jest on błogosławiony.” (Lb 22,12) Wtedy prorok Balaam mógł już tylko odpowiedzieć Balakowi: „Bóg mnie tu sprowadził, bym błogosławił: On błogosławi - ja tego zmienić nie mogę." (Lb 23, 20)

Bóg miłuje i błogosławi - a człowiek? Często nie dostrzega tej błogosławiącej ręki Boga nad sobą i Bożych oczu, uważnych na każdy jego krok, ale nie po to, by kontrolować i osądzać, ale po to, by prowadzić po właściwych ścieżkach. Nie dostrzegając tej obecności pełnej miłości - nie umie też na nią odpowiedzieć miłością. A prawdziwa miłość sama podpowiada, co należy czynić.

Niejeden z nas może zadawał Bogu pytania podobne do tych z dzisiejszej Liturgii Słowa: „Z czym stanę przed Panem, i pokłonię się Bogu wysokiemu? Czy stanę przed Nim z ofiarą całopalną, z cielętami rocznymi? Czy Pan się zadowoli tysiącami baranów, miriadami potoków oliwy? Czy trzeba, bym wydał pierworodnego mego za mój występek, owoc łona mego za grzech mojej duszy?” (Mi 6,6-7) Innymi słowy: „Co mam uczynić, Panie Boże, abyś był ze mnie zadowolony?”

A Pan Bóg odpowiada dziś bardzo wyraźnie na te nasze wątpliwości: „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?” (Mi 6,8) Pięknie wyraziła to - za św. Teresą z Avila - św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która praktykowała swoją „małą drogę” miłości i przeogromnej ufności Bogu: „Jezus nie tyle patrzy na wielkość naszych czynów, ani nawet na trudności, ale na miłość, która pobudza nas do ich spełnienia”.

Codziennie w Kościele rozlega się Boże wołanie: „Zgromadźcie Mi moich umiłowanych, którzy przez ofiarę zawarli ze Mną przymierze.(...) Kto składa ofiarę dziękczynną, ten cześć Mi oddaje, a tym, którzy postępują uczciwie, ukażę Boże zbawienie”. (Ps 50, 5; 23)

Każdy z nas jest owym umiłowanym, z którym Bóg zawarł przymierze, przeprowadzając przez wody Chrztu świętego. Teraz - mamy kroczyć ku Niebu drogą miłości. Gdy spojrzymy na historię naszego życia dostrzeżemy wiele Bożych śladów Jego miłości ku nam, będących świadectwem, że Ten, który nas stworzył, ani na chwilkę nie zostawił nas samych. Wszak jest On „Bogiem z nami”. Jednak człowiek tak często ma pokusę, by wciąż na nowo domagać się od Boga cudownych znaków.

Podobne pragnienie wyrazili też uczeni w Piśmie i faryzeusze, o których opowiada dzisiejsza Ewangelia: „Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi.” (Mt 12, 38b-40)

Przyszedł dzień Wielkiego i strasznego Piątku, gdy na Kalwarii, na Krzyżu, zawisł Syn Człowieczy - niejako stając się przedziwną Bożą odpowiedzią na to dramatyczne ludzkie pytanie z księgi Proroka Micheasza: „Czy trzeba, bym wydał pierworodnego mego za mój występek, owoc łona mego za grzech mojej duszy?” (Mi 6,7b) Jezus Chrystus sam stał się Ofiarą Przebłagalną za nasze grzechy: „Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.” (Iz 53, 4-5)

Czy możemy pozostawać obojętni wobec tak wielkiej miłości? Bóg codziennie wzywa nas do nawrócenia, choćby tak, jak w aklamacji przed Ewangelią: „Nie zatwardzajcie dzisiaj serc waszych, lecz słuchajcie głosu Pańskiego.” (Ps 95, 8ab)

Teraz, w czasie naszej ziemskiej wędrówki, mamy w każdej chwili szansę, by oczyszczać i udoskonalać tę naszą miłość ku Temu, który nas do końca umiłował. To wzrastanie w miłości nie jest zadaniem na jutro, ale na DZIŚ. „Mówi bowiem /Pismo/: W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia.” (2 Kor 6,2)

Panie mój: spraw, abym umiała przyjmować każdy dzień i każdą chwilę, jako dar Twojej miłości i okazję, by jeszcze goręcej kochać Ciebie i bliźnich. Naucz mnie dziękować za wielkie dzieła, które dokonałeś już w moim życiu. Niech moja droga ku Tobie będzie zawsze drogą miłości, bo „za Miłość płaci się Miłością” (św. Jan od Krzyża).