Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2016

"...lecz i oni otrzymali po denarze..."

(fot. Agnieszka Skowrońska)
 
Władza. Cel i obiekt tak wielu ludzkich marzeń i dążeń. Niejednokrotnie człowiek sobie myśli: „Gdybym to ja miał władzę i pieniądze...o, to inaczej bym ten mój świat urządził.” I być może przychodzi w końcu taki dzień, w którym pragnienie władzy przemienia się w rzeczywistość. Dobrze, jeśli w sercu rządzącego jest mocne postanowienie, aby jego decyzje miały na względzie dobro wspólne. Źle, kiedy mają na względzie tylko dobro jego samego.

Wtedy następuje dramat. Taki, o jakim słyszę w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Proroka Ezechiela: „Pan skierował do mnie te słowa: "Synu człowieczy, prorokuj o pasterzach Izraela, prorokuj i powiedz im, pasterzom: Tak mówi Pan Bóg: 'Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się owce moje, bo nie miały pasterza, i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza polnego. Rozproszyły się, błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku, i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał.'” (Ez 34,2-6)

Nieodparcie ten opis kojarzy mi się z sytuacją, jaką ja sama przeżywałam na rynku pracy oraz jaką przeżywali moi znajomi. Pewnie nie to dokładnie miał na myśli prorok Ezechiel, ale Słowo Boże przecież nie jest abstrakcją. Jest ponadczasowe i bardzo mocno osadzone w rzeczywistości. Instrumentalne traktowanie ludzi bezrobotnych, ale i pracowników, to nie jest jakaś upiorna bajka. Na ten temat można by raczej napisać wywiad-rzekę.

Temat bezrobocia podejmuje też dzisiejsza Ewangelia we fragmencie o robotnikach, czekających na zatrudnienie w winnicy. Jakże boleśnie, ale i prawdziwie brzmi ich odpowiedź na zapytanie gospodarza-pracodawcy: „Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: 'Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?' Odpowiedzieli mu: 'Bo nas nikt nie najął'. Rzekł im: 'Idźcie i wy do winnicy.” (Mt 20,6-7)

„Nikt nas nie najął...” – czyli ‘Nikt nas nie chciał, jesteśmy jak bezużyteczne rzeczy, czujemy się jak śmiecie.’ Nie wyolbrzymiam. Mam prawo tak napisać, bo samej mi to przyszło przeżywać i to niejeden raz. Wiem, jak się czuje człowiek bezrobotny, ale wiem, jak też czuje się człowiek, któremu dano szansę pracy. Jak bardzo cieszą jej owoce i zapłata za nią. Jak raduje KAŻDA złotówka...

Robotnicy z dzisiejszej Ewangelii otrzymali wszyscy po równo, po denarze - bo na tyle była zawarta ‘umowa’. Nic w niej nie było napisane drobnym drukiem, którego z reguły się nie czyta. Wszystko było jasne od początku. A jednak ta sprawiedliwość stała się powodem szemrania zwłaszcza tych, którzy pracowali najdłużej, a otrzymali taką samą zapłatę, jak pracownicy ostatniej godziny. Ale właściciel winnicy odpowiada na zarzuty tak: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20,13b-15)

Pamiętam dobrze dzień, w którym szemrałam wobec Boga podobnie, jak ci robotnicy: ‘Panie Boże, już tyle lat robię dla Ciebie tak wiele rzeczy...a nic mi się nie układa. Układa się innym, ale nie mnie. Innych wynagradzasz jakby bez ich wysiłku, a ja - mimo tylu wysiłków - nie mam nawet jednej setnej tego, co oni mają...’ Pamiętam ten dzień - i bardzo się go wstydzę. Wstydzę się także, ilekroć takie szemranie pojawia się na nowo w moim sercu. Zły przecież nie śpi...i nie przepuści żadnej okazji, aby takie "opary szemrania" na nowo w ludzkim sercu wzbudzić.

Zaczynam jednak - choć bardzo powoli - rozumieć tę prawdę, że zasady Bożej "pensji" nie są ustalane na ziemi i nie mogę jej obliczać wysługą lat lub dzieł w Jego służbie. Bóg naprawdę nie chce niczyjej krzywdy, bo jest dobrym Pracodawcą. W Jego winnicy każdy może znaleźć miejsce i pracę dla siebie. I ufać, że już i na tej ziemi, ale na pewno w Niebie ‘Boża wypłata’ przewyższy wszelkie ludzkie oczekiwania i pragnienia.

poniedziałek, 18 lipca 2016

"...Z czym stanę przed Panem...?"

(source: Pixabay)
Pewnego dnia, gdy jeszcze byłam uczennicą szkoły podstawowej, zorganizowano nam lekcję w Sądzie Rejonowym. Mieliśmy uczestniczyć w jednej z „lżejszych” spraw sądowych, choć trudno mi teraz dokładnie określić, w jakiej. Pamiętam owo „Proszę wstać, Sąd idzie!”- i równie dobrze pamiętam, jak przygnębiające wrażenie wywołała we mnie ta rozprawa, której byłam świadkiem.

„Jest jeden Bóg. Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Dwie pierwsze prawdy wiary. Nauczone, zapamiętane, przypominane. Ilekroć, zwłaszcza w dzieciństwie, je wypowiadałam, przed oczyma stawał mi obraz Boga - surowego Sędziego - i lęk budził się w moim sercu. Wydawało mi się, że takiego Sędziego nic nie zadowoli i daremne są moje wszystkie starania na drodze do Nieba. Jakże to męczące... Tak musieć „zarabiać” na Niebo! Tak wytężać wszystkie swoje duchowe siły, by choć o krok zbliżyć się do tego, jakże dalekiego i niedostępnego, Boga!...

Jednak...czyż to od niedostępnego, dalekiego Boga człowiek może usłyszeć te słowa: „Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi!” (Mi 6,3) Czyż nie tak woła zbolały Ojciec, zasmucony Tatuś, który widzi, że Dziecko wzgardziło Jego miłością? Miłujący Ojciec, zanim zacznie sądzić, najpierw przypomina i uświadamia Dziecku, jak bardzo je miłuje. I często już nawet nie trzeba kary, bo winowajca, zrozumiawszy w świetle ogromu ojcowskiej miłości swoją niewdzięczność i zło popełnionych win, gorąco za nie żałuje i przyrzeka, że będzie już odtąd lepszy.

Izrael był Narodem Wybranym: ukochanym Dzieckiem Boga. I tak, jak Ojciec troszczy się o swoje Dziecko, tak Bóg troszczył się o lud izraelski: „Otom cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli wybawiłem ciebie i posłałem przed obliczem twoim Mojżesza, Aarona i Miriam. Ludu mój, wspomnij, proszę, co zamierzał Balak, król Moabu, a co mu odpowiedział Balaam, syn Beora? Co było od Szittim do Gilgal - żebyś poznał zbawcze dzieła Pańskie.” (Mi 6, 4-5)

Bóg wyprowadził swój lud z Egiptu, przeprowadził go suchą stopą przez Morze Czerwone i przez Jordan. Zaś gdy Balak, król Moabu, bojąc się siły narodu izraelskiego, chciał, by prorok Balaam przeklął go - Bóg sam zainterweniował mówiąc do Balaama: „Nie możesz iść z nimi i nie możesz tego ludu przeklinać, albowiem jest on błogosławiony.” (Lb 22,12) Wtedy prorok Balaam mógł już tylko odpowiedzieć Balakowi: „Bóg mnie tu sprowadził, bym błogosławił: On błogosławi - ja tego zmienić nie mogę." (Lb 23, 20)

Bóg miłuje i błogosławi - a człowiek? Często nie dostrzega tej błogosławiącej ręki Boga nad sobą i Bożych oczu, uważnych na każdy jego krok, ale nie po to, by kontrolować i osądzać, ale po to, by prowadzić po właściwych ścieżkach. Nie dostrzegając tej obecności pełnej miłości - nie umie też na nią odpowiedzieć miłością. A prawdziwa miłość sama podpowiada, co należy czynić.

Niejeden z nas może zadawał Bogu pytania podobne do tych z dzisiejszej Liturgii Słowa: „Z czym stanę przed Panem, i pokłonię się Bogu wysokiemu? Czy stanę przed Nim z ofiarą całopalną, z cielętami rocznymi? Czy Pan się zadowoli tysiącami baranów, miriadami potoków oliwy? Czy trzeba, bym wydał pierworodnego mego za mój występek, owoc łona mego za grzech mojej duszy?” (Mi 6,6-7) Innymi słowy: „Co mam uczynić, Panie Boże, abyś był ze mnie zadowolony?”

A Pan Bóg odpowiada dziś bardzo wyraźnie na te nasze wątpliwości: „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?” (Mi 6,8) Pięknie wyraziła to - za św. Teresą z Avila - św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która praktykowała swoją „małą drogę” miłości i przeogromnej ufności Bogu: „Jezus nie tyle patrzy na wielkość naszych czynów, ani nawet na trudności, ale na miłość, która pobudza nas do ich spełnienia”.

Codziennie w Kościele rozlega się Boże wołanie: „Zgromadźcie Mi moich umiłowanych, którzy przez ofiarę zawarli ze Mną przymierze.(...) Kto składa ofiarę dziękczynną, ten cześć Mi oddaje, a tym, którzy postępują uczciwie, ukażę Boże zbawienie”. (Ps 50, 5; 23)

Każdy z nas jest owym umiłowanym, z którym Bóg zawarł przymierze, przeprowadzając przez wody Chrztu świętego. Teraz - mamy kroczyć ku Niebu drogą miłości. Gdy spojrzymy na historię naszego życia dostrzeżemy wiele Bożych śladów Jego miłości ku nam, będących świadectwem, że Ten, który nas stworzył, ani na chwilkę nie zostawił nas samych. Wszak jest On „Bogiem z nami”. Jednak człowiek tak często ma pokusę, by wciąż na nowo domagać się od Boga cudownych znaków.

Podobne pragnienie wyrazili też uczeni w Piśmie i faryzeusze, o których opowiada dzisiejsza Ewangelia: „Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi.” (Mt 12, 38b-40)

Przyszedł dzień Wielkiego i strasznego Piątku, gdy na Kalwarii, na Krzyżu, zawisł Syn Człowieczy - niejako stając się przedziwną Bożą odpowiedzią na to dramatyczne ludzkie pytanie z księgi Proroka Micheasza: „Czy trzeba, bym wydał pierworodnego mego za mój występek, owoc łona mego za grzech mojej duszy?” (Mi 6,7b) Jezus Chrystus sam stał się Ofiarą Przebłagalną za nasze grzechy: „Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.” (Iz 53, 4-5)

Czy możemy pozostawać obojętni wobec tak wielkiej miłości? Bóg codziennie wzywa nas do nawrócenia, choćby tak, jak w aklamacji przed Ewangelią: „Nie zatwardzajcie dzisiaj serc waszych, lecz słuchajcie głosu Pańskiego.” (Ps 95, 8ab)

Teraz, w czasie naszej ziemskiej wędrówki, mamy w każdej chwili szansę, by oczyszczać i udoskonalać tę naszą miłość ku Temu, który nas do końca umiłował. To wzrastanie w miłości nie jest zadaniem na jutro, ale na DZIŚ. „Mówi bowiem /Pismo/: W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia.” (2 Kor 6,2)

Panie mój: spraw, abym umiała przyjmować każdy dzień i każdą chwilę, jako dar Twojej miłości i okazję, by jeszcze goręcej kochać Ciebie i bliźnich. Naucz mnie dziękować za wielkie dzieła, które dokonałeś już w moim życiu. Niech moja droga ku Tobie będzie zawsze drogą miłości, bo „za Miłość płaci się Miłością” (św. Jan od Krzyża).

środa, 1 czerwca 2016

"...Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych..."

(source: Pixabay)
 
Kiedyś przeglądałam listę pytań, postawionych przez użytkowników na pewnym katolickim forum pomocy. Znamienne, że powtarzała się z dość dużą częstotliwością - choć odmieniana przez różne osoby, przypadki i historie życia - pewna kwestia: „Jak jest TAM?” Jak jest za granicą śmierci? Jak wygląda życie po życiu? Do czego można to przyrównać? Prowadzący forum cierpliwie starali się udzielać odpowiedzi, zgodnych z Magisterium Kościoła. Nikt z nich jednak nie mógł napisać: ‘Wiem, że jest tak i tak’.

Podobne pytania stawiają sobie - całkiem szczerze - ludzie wszystkich kultur, religii, czasów. Podobne pytanie słyszę także w dzisiejszej Ewangelii, ale w tym przypadku miało ono być akurat swoistą pułapką na Jezusa.
Sadyceusze opowiadają historię pewnej kobiety, która w ciągu swego życia miała siedmiu mężów. Kończą tak: „Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę.” (Mk 12,23) Odpowiedź Jezusowa pełna jest mocy i prostoty: „Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie.” (Mk 12,25)

A ponieważ sadyceusze nie wierzyli w zmartwychwstanie, Jezus dodaje: „Co zaś dotyczy umarłych, że zmartwychwstaną, czyż nie czytaliście w księdze Mojżesza, tam gdzie mowa "O krzaku", jak Bóg powiedział do niego: Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba. Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych.” (Mk 12,26-27a)

Życie wieczne istnieje naprawdę. Jak mówi autor natchniony Księgi Mądrości: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności.” (Mdr 2,23) Na razie jednak dla człowieka żyjącego na tym świecie jest ono wielką tajemnicą. Zaś wytrwałe przybliżanie się do tej tajemnicy jest powołaniem. I to nie zastrzeżonym dla nielicznych. Bóg dał je, jako dar, wszystkim swoim dzieciom.

Pisze o tym święty Paweł w Drugim Liście do Tymoteusza: „Nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię.” (2 Tm 1,7-10)

Bezcennego powołania do życia z Bogiem w Niebie trzeba strzec, jak najdroższego skarbu. Trzeba czasem walczyć, jak żołnierz, o wytrwanie w wierze, nadziei i miłości, zwłaszcza w ogniu pokus i prześladowań ze strony Szatana. Czy taka walka i zmagania o zachowanie łaski uświęcającej w swojej duszy to wstyd? Nie. To zaszczyt i okazja, by opowiedzieć Bogu o swojej kruchej, ale szczerej, ludzkiej miłości do Niego. Tak, jak to czynił św. Paweł, który wyznał: „Z tej właśnie przyczyny znoszę i to obecne cierpienie, ale za ujmę sobie tego nie poczytuję, bo wiem, komu uwierzyłem, i pewien jestem, że mocen jest ustrzec mój depozyt aż do owego dnia.” (2 Tm 1,12).

Takie zmagania będę musiała toczyć aż do ostatniego dnia mojej ziemskiej wędrówki. Ale wierzę, że warto uczynić wszystko, przeżyć życie jak najpiękniej, by po nim móc się spotkać z Bogiem twarzą w twarz w Jego Królestwie. A wtedy pewnie przekonam się, że jest tam „totaliter aliter” (zupełnie inaczej) i o wiele cudowniej, niż mogłam to sobie wyobrazić i wymarzyć.

sobota, 7 maja 2016

"...znowu opuszczam świat i idę do Ojca..."

(source: Pixabay)


Od dnia, w którym przyjęłam Sakrament Bierzmowania, minęło już sporo lat. Pamiętam jednak tamte chwile bardzo dobrze. Łącznie z odpowiedzią na pytanie Księdza Arcybiskupa - a był to już śp. ks. abp Tadeusz Gocłowski - w której to odpowiedzi wyznaliśmy: „Pragniemy, aby Duch Święty, którego otrzymamy, umocnił nas do mężnego wyznawania wiary i do postępowania według jej zasad”.
 
W skrytości mojego ducha marzyłam jeszcze o jednym: aby Duch Święty dał mi nieustanny głód poznawania Boga. Pragnęłam, by nigdy nie nadszedł dzień, w którym uznałabym, że nie chcę już bardziej poznawać Boga i świata z Bożej perspektywy. Podświadomie czułam lęk przed takim momentem, gdyż oznaczałby on...śmierć mojej wiary i w jakiś sposób mnie samej.
 
Te nieporadne pragnienia, których nie umiałam wtedy wyrazić słowami, zostały jednak przez Boga spełnione. Nie oznacza to jednak, że doświadczam dzięki temu samych słodyczy duchowych. Poznawać Boga – oznacza także doświadczać krzyża, bo przez Krzyż Chrystusa dokonało się nasze zbawienie. Krzyż to jednak nie ostateczność, ale etap w drodze ku Zmartwychwstaniu.
 
Poznawanie Boga powinno dokonywać się na dwóch poziomach: wiary i rozumu. Jak napisał o nich pięknie Święty Jan Paweł II w encyklice „Fides et ratio”: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego, aby człowiek — poznając Go i miłując — mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie”.
 
Nikt, nawet najbardziej utytułowany i uznany teolog, nie może uznać, że już wszystko wie o Panu Bogu. Razem z rozumem musi nieustannie mieć otwarte drzwi serca, by Duch Święty mógł go pociągać nie tylko do coraz to lepszego poznania Boga, ale i do coraz Jego głębszego ukochania.
 
Przykładem takiej postawy może być Apollos, którego osobę przywołuje fragment z Dziejów Apostolskich w dzisiejszej Liturgii Słowa: „Pewien Żyd, imieniem Apollos, rodem z Aleksandrii, człowiek uczony i znający świetnie Pisma, przybył do Efezu. Znał on już drogę Pańską, przemawiał z wielkim zapałem i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, znając tylko chrzest Janowy. Zaczął on odważnie przemawiać w synagodze. Gdy go Pryscylla i Akwila usłyszeli, zabrali go z sobą i wyłożyli mu dokładniej drogę Bożą. A kiedy chciał wyruszyć do Achai, bracia napisali list do uczniów z poleceniem, aby go przyjęli. Gdy przybył, pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem.” (Dz 18,21-28)
 
Apollos, będąc człowiekiem uczonym, nie uniósł się dumą próbując udowodnić, że wie wszystko. Dzięki jego otwartości, Duch Święty mógł ‘połączyć’ w jego osobie zapał, zachwyt nad Dobrą Nowiną, mądrość życiową oraz uczoność. W ten sposób Apollos stał się niemal idealnym ewangelizatorem.
 
Nie ma prawdziwej i dobrej ewangelizacji bez głębokiego życia modlitwy. O modlitwie właśnie przypomina Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna. Mówiłem wam o tych sprawach w przypowieściach. Nadchodzi godzina, kiedy już nie będę wam mówił w przypowieściach, ale całkiem otwarcie oznajmię wam o Ojcu. W owym dniu będziecie prosić w imię moje, i nie mówię, że Ja będę musiał prosić Ojca za wami. Albowiem Ojciec sam was miłuje, bo wyście Mnie umiłowali i uwierzyli, że wyszedłem od Boga. Wyszedłem od Ojca i przyszedłem na świat; znowu opuszczam świat i idę do Ojca”. (J 16,23b-28)
 
Teraz jest właśnie ten czas proszenia Boga o potrzebne dary: tak prosto, po dziecięcemu, z ufnością. Bożą radością jest udzielać hojnie łask, ale nie zawsze w taki sposób, w jaki to sobie człowiek zaplanował czy wymarzył. Czasem musi upłynąć wiele lat, by ludzkie serce zrozumiało, że otrzymało wszystko, czego potrzebowało – i to w nadmiarze. Gdy więc tak trudno zrozumieć Boże drogi, trzeba nieustannie ufać, że nie trzeba ich rozumieć, ale trzeba nimi iść, bo to najpewniejsza droga, by - śladem Jezusa - dojść do Domu Ojca.

piątek, 6 maja 2016

"Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca..."

(source: album rodzinny)

Stare albumy z rodzinnymi zdjęciami mają ‘coś’ w sobie. Jakiś czas temu, po wielu latach, ‘dokopałam’ się do owych albumów oraz do innych zdjęć: sprzed 30, 40, 50...a nawet i więcej lat. Tak wiele osób już odeszło z tego świata i fotografie pozostają w większości przypadków jedyną widzialną, namacalną pamiątką ich uśmiechu, dobrego spojrzenia, obecności.

Dotarłam do zdjęć na których jestem z Rodzicami. Ze wzruszeniem patrzyłam na to moje – zachowane na kliszy – dorastanie. W końcu ustawiłam obok siebie trzy zdjęcia: Mamy, Taty i moje. Szukałam podobieństw. I doszukałam się. Wizualnie jestem podobna do obojga Rodziców: zarys twarzy i sylwetka po Tacie, oczy i uśmiech – mojej Mamy...
Wielu z nas zresztą słyszało bądź słyszy: „Ale ty jesteś podobny do Taty! A Ty, to po prostu ‘skóra zdarta’ z Mamy...’
 
Przed kilkoma laty jechałam autobusem z okolic Watykanu do centrum Rzymu. W pewnym momencie do tego autobusu wsiadła grupa sióstr zakonnych. Wszystkie młode, roześmiane. Moją uwagę przykuł jednak uśmiech jednej z nich: gdy się uśmiechała – to wydawało się, jakby w środku autobusu zapalały się wszystkie światła. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku od tego uśmiechu, który płynął z serca. Widać było, że ‘coś’ czyni ją bardzo szczęśliwą. Domyślam się, że tym ‘czymś’ jest Jezusowa miłość, która promieniowała z uśmiechu, z oczu, z całej osoby owej zakonnicy...

W dzisiejszej Ewangelii znajdziemy następujący dialog między Jezusem a Apostołami: „Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”. Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: «Pokaż nam Ojca?» Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie?" (J 14,7-10a)
„Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca”... Jezus –to wcielona Boża Miłość. Jego Słowa, czyny, Jego bliskość względem każdego człowieka – to świadectwo, jak bardzo Bogu na każdym z ludzi zależy.

Możemy w Jezusie zobaczyć Boga Ojca – w sposób o wiele bardziej głęboki, niż ja – porównując fotografie – widziałam swoje podobieństwo do Rodziców; niż owa siostra zakonna w swoim uśmiechu promieniowała blaskiem Swego Boskiego Oblubieńca.
Do tego, by w Jezusie widzieć Oblicze Ojca trzeba jednak wiary. Takiej, która pragnie widzieć; pragnie słyszeć Boży głos; takiej wiary, która nie kalkuluje, ale przyjmuje z radością Słowo Boże.

środa, 4 maja 2016

"Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy..."

(source: Pixabay)
Człowiek to dziwne stworzenie. Marzy mu się podbój świata i kosmosu; jest wiecznie głodny i spragniony nowych wrażeń. Nie ustaje w poszukiwaniach, choć często sam już nie wie, czego szuka. A choć człowiek może nie wiedzieć, to serce wie...Ujął to pięknie św. Augustyn, mówiąc „Stworzyłeś nas dla siebie, Panie, i niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie”. Tyle, że często ta prawda nie może się ‘przebić’ z serca do głowy, zajętej tyloma ważnymi życiowymi sprawami. 

Człowiek więc - czy o tym wie, czy nie - szuka Boga. Czasem mniej, czasem bardziej po omacku. Tak, jak szukali Go też na swój sposób Ateńczycy z dzisiejszego pierwszego czytania: „Mężowie ateńscy - przemówił Paweł stanąwszy w środku Areopagu - widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: "Nieznanemu Bogu". Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając. Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko.” (Dz 17,22-25)

To, co dla Ateńczyków było nieznane - dla ludzi ochrzczonych powinno być przynajmniej przedmiotem zmagań zmysłu wiary. A jednak i kolejne słowa z nauczania św. Pawła mogą stanowić nie lada poprzeczkę dla mojego umysłu i serca: „Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak też powiedzieli niektórzy z waszych poetów: Jesteśmy bowiem z Jego rodu.” (Dz 17,27b-28)

Nie muszę więc odbywać dalekich pielgrzymek, żeby znaleźć Boga. On nie ucieka przede mną, abym musiała Go gonić. Więcej, On sam pierwszy wybiega w moją stronę. Pierwszy krok należy do Niego, zaś do mnie - decyzja, by wyruszać Mu codziennie na spotkanie.

Bóg jednak, mimo, że tak bliski każdemu człowiekowi- jest jednocześnie najbardziej Nieodgadniony. Jest Tajemnicą, której nie da się ogarnąć ludzkim rozumem. Gdyby było inaczej - Bóg nie byłby Bogiem.

W obliczu Bożych tajemnic ludzki umysł zawsze musi uznać swoją ograniczoność. Doświadczyli jej także mieszkańcy Aten, lecz trudno nazwać ich postawę otwartością: „Gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu, jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: Posłuchamy cię o tym innym razem.” (Dz 17,32)

Zamiast jednak oceniać sceptycznych Ateńczyków, mogę i powinnam prosić, abym ja sama te Boże tajemnice mogła coraz bardziej przenikać dzięki światłu z Nieba. Kolejny Boży Paradoks - bo to Światło jest Osobą - Duchem Świętym. Jego asystencja nie ogranicza się do czasów sprzed prawie 2000 lat. Nadal są aktualne te słowa Jezusa: „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi.” (J 16,13-15)

Nie muszę jednak poznać i zrozumieć wszystkich Bożych tajemnic. Wystarczy mi codzienna wiara i ufność, że Bóg był, jest i będzie zawsze ze mną.