Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

"...żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa..."

(source: Pixabay)

Jeszcze tylko kilkanaście minut brakowało do dzwonka, kończącego ostatnią lekcję w roku szkolnym 1986/1987. Po 10 miesiącach nauki, po pięknej uroczystości przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej  miały nadejść długo przeze mnie oczekiwane, wytęsknione wakacje. Wraz z rodzicami wybierałam się na wczasy. A już 2 godziny później, w izbie przyjęć jednego ze szpitali, czekałam na diagnozę lekarską, która brzmiała jednoznacznie: złamanie odłamkowe kości biodrowej z przemieszczeniem. Abym kiedykolwiek jeszcze mogła chodzić normalnie, nie utykając, konieczna była natychmiastowa operacja.

To rzeczywistość trudna do przyjęcia przez 10-letnie dziecko. Choć przy mnie była moja Mama, i ona nie była w stanie ukoić lęku, który wywołał wielką burzę w moim sercu. Panicznie bałam się perspektywy operacji, choć wiedziałam, że będzie miała ona na celu tylko i wyłącznie moje dobro. Wiedziałam, że mój protest zda się na nic. Gdzie szukać pomocy? Po ludzku - nigdzie. Pozostał tylko ON - i to do Niego wzniosła się moja modlitwa. A raczej rozpaczliwy krzyk: pełen łez, ale i ufności. ON - to już nie była Bozia z dziecięcych paciorków i kolorowych obrazków. W surowym krajobrazie szpitala, w doświadczeniu cierpienia - w głębi dziecięcego serca - spotkałam się z Bogiem Mocnym, Bogiem cudów. Wiem, że tylko Jemu zawdzięczam moje cudowne i całkowite uzdrowienie. Czyż bowiem inaczej można nazwać fakt, że decyzja o operacji została cofnięta, choć w zamian za miesiąc całkowitego unieruchomienia w opatrunku gipsowym; zaś ja - mimo różnych prognoz lekarskich, które wróżyły mi kalectwo dziś chodzę, biegam, pływam; a na poszkodowanej nodze dane mi było nie raz dojść w 600-kilometrowej pielgrzymce na Jasną Górę?

Tamte trudne chwile pamiętam bardzo dokładnie, mimo upływu prawie 30 lat. Tak, jak pamięta się piękne, choć trudne, podróże. To była moja podróż na „pustynię”, gdzie pozbawiona wszelkich ludzkich „podpórek”, niejako ogołocona – musiałam odpowiedzieć sobie samej na pytanie: W czym, bądź w kim pokładam ufność?

Zdarza się czasem, że taka czy inna trudna sytuacja zmusza nas do odpowiedzi na podobne pytania. Nie jest ona dziełem przypadku, ale swoistym „językiem”, jakim posługuje się Bóg, który pragnie uzyskać od człowieka wyraźną odpowiedź: wierzysz Mi - czy nie wierzysz? Ufasz - czy nie ufasz? 
 
W dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Proroka Ozeasza także słyszymy o pustyni, na którą Bóg chce zaprowadzić niewierną oblubienicę, którą jest Izrael: „Dlatego chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca. I będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju.” (Oz 2,16;17b)

To nie test na inteligencję bądź wytrzymałość. Ale Boża Miłość nie ustająca w poszukiwaniu ścieżek do ludzkiego serca. Bóg chce być z nami wszędzie: w każdej dziedzinie naszego życia. Jednak dzisiejszy człowiek bardzo często nie ma ochoty, bądź czasu na spotkanie z Bogiem. A Bóg nie uznaje półśrodków. On chce być traktowany poważnie. I tak, jak przyjaciele, którzy często chcą ze sobą poważnie porozmawiać na osobności, bez świadków - tak też Bóg czasem wyprowadza nas na pustynię. I pragnie tam z nami poważnie porozmawiać. Na pustyni bowiem nie włączymy telewizora, komputera, nie założymy słuchawek iPoda czy odtwarzacza mp3, a i telefon komórkowy przestanie po jakimś czasie działać... Zostajemy sam na sam: Bóg - i człowiek, który w swej wolności ma dać Bogu odpowiedź na inicjatywę Jego Miłości. On bowiem pierwszy mówi do każdego z nas: „I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana.” (Oz 2,21-22)

Jaka będzie ta indywidualna odpowiedź? To tajemnica tego pustynnego spotkania.  Jedno jest pewne: wrócimy z niego inni. Bo spotkanie z Bogiem zawsze przemienia.

Historie takich spotkań, które przemieniają spotkamy również w dzisiejszej Ewangelii: „Pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i, oddając pokłon, prosił: Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła. I od tej chwili kobieta była zdrowa.” (Mt 9,18-22)

Oto dwie historie ludzkich cierpień, dramatów. Zwierzchnik synagogi, stając w obliczu utraty ukochanej córki; i kobieta, od wielu lat zmagająca się z chorobą - z wiarą szukają ratunku u Jezusa. A On nie pozostaje obojętny. Słysząc prośbę zrozpaczonego ojca od razu wstaje i idzie za nim do jego domu. A gdy chora kobieta tylko dotyka frędzli Jezusowego płaszcza - On zaraz się obraca i patrzy na nią. Nikt, kto z wiarą przedstawia Jezusowi swoje cierpienie, kto w Nim pokłada ufność - nie odchodzi nie zauważony.

„Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała.”  (Mt 9, 23-25)

Wielkie, największe dzieła Boże dokonują się w ciszy, a nie wśród wrzawy i w ścisku. Wtedy nie usłyszymy Bożego głosu. Wtedy trudno poczuć i rozpoznać Boży dotyk: uzdrawiający i ożywiający.  Bóg może zdziałać cud wszędzie, ale pragnie, byśmy zauważali i rozpoznawali dzieła, których On dokonuje w naszym życiu. Dlatego najczęściej czyni to w ciszy.

Nie oznacza to jednak, że pamięć tych Bożych dzieł mamy zachować wyłącznie dla siebie, jak zdjęcia w albumie, zazdrośnie i w tajemnicy ukrywane przed światem. Radując się bowiem wielkimi darami Bożej miłości miłosiernej, którymi Pan nas codziennie karmi, winniśmy czynić tak, jak Psalmista, który woła: „Każdego dnia będę Ciebie błogosławił i na wieki wysławiał Twoje imię. Wielki jest Pan i godzien wielkiej chwały, a wielkość Jego niezgłębiona. Pokolenie pokoleniu głosi Twoje dzieła i zwiastuje Twoje potężne czyny. Głoszą wspaniałą chwałę Twego majestatu i rozpowiadają Twoje cuda. Mówią o potędze Twoich dzieł straszliwych i głoszą Twoją wielkość. Przekazują pamięć o Twej wielkiej dobroci i cieszą się Twą sprawiedliwością.” (Ps 145, 2-7)

Mam głosić dzieła Twojej Opatrzności w moim życiu, Panie. I wiem, jak wiele ich dokonałeś. A jednak...nie jestem wolna od chwil, gdy w moim sercu szaleją burze zwątpienia i „mnożą się niepokoje” (por. Ps 94, 19). Wiem aż nazbyt dobrze, że jestem ową niewierną oblubienicą - i że pewnie nieraz jeszcze będziesz chciał wyprowadzić mnie na pustynię, by mówić do mojego serca i przekonać je o Swojej Miłości.

piątek, 10 czerwca 2016

"O Tobie mówi moje serce: Szukaj Jego oblicza!"

(source: Pixabay)
 
Stanęłam kiedyś przy kiosku i spojrzałam na jego wystawę. Czekoladki, napoje, breloczki, krzyżówki, dzienniki i...między innymi - kolorowymi - i takie pisemka, wobec których oczy same się zamykają. Dlaczego? Bo jestem kobietą i jest mi ogromnie przykro, że tak liczna jest rzesza osób, które nie umieją uszanować godności kobiety i czynią z niej towar.
 
Oczywiście, to nie są odosobnione przypadki, ale cały biznes. On jednak się ‘kręci’, gdyż widocznie jest popyt na takie czasopisma. W ten sposób zamyka się biznesowe koło zamachowe, którego działanie wywołuje jednak o wiele więcej szkód, niż by można było przypuszczać. Wystarczy posłuchać jakim językiem mówi młodzież, wystarczą niektóre informacje o wulgarnych ‘filmikach’ nagrywanych chociażby telefonami komórkowymi...Przykłady można mnożyć. Albo lepiej nie. Nie należy robić reklamy złu.

‘Biznes jest biznesem’. W przypadku 'biznesu kolorowych pisemek' to powiedzenie w jakiś sposób usprawiedliwia potęgę jego oddziaływania i wpływ na dzisiejszą kulturę. A że jest to raczej anty-kultura, która próbuje odrzeć z szacunku nawet to, co święte i najbardziej intymne – w to trudno wątpić. To, co dobre, święte i intymne jest jednocześnie ciche i bezbronne. Zło zaś jest krzykliwe. Ale jednocześnie to ono jest bardziej popularne. To paradoks nie tylko naszych czasów. Absurd wyprodukowany szatańską ręką.

Bóg tymczasem pragnie przychodzić do człowieka w ciszy, z całą swoją delikatnością. Nie chce go bowiem przestraszyć, ale znaleźć spokojną płaszczyznę do prawdziwego dialogu, w którym Serce Boże i serce ludzkie nawzajem będą mogły się usłyszeć.

O takim spotkaniu w ciszy opowiada dzisiejsze pierwsze czytanie z Pierwszej Księgi Królewskiej: „Gdy Eliasz przyszedł do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: "Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!". A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały szła przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: "Co ty tu robisz, Eliaszu?". Eliasz zaś odpowiedział: "Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie". (1 Krl 19, 9a. 11-14)

Pan przyszedł do Eliasza w szmerze łagodnego powiewu. Wiele najpiękniejszych ludzkich spraw także dokonuje się w ciszy. Także i tajemnica powstania ludzkiego życia powinna być zawsze otoczona szacunkiem, czcią, ciszą – przez uszanowanie dla tego ogromnego Bożego zaufania do człowieka, który stał się Bożym współpracownikiem w dziele stwarzania świata. W Bożym zamyśle człowiek miał postrzegać ten dar takim, jakim faktycznie jest: jako bardzo dobry i krystalicznie czysty w tajemnicy małżeństwa.

Jednak im większa świętość- z tym większą wściekłością jest atakowana przez szatana. I to od niepamiętnych czasów. Zwraca na to uwagę Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Słyszeliście, że powiedziano: 'Nie cudzołóż!'. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: 'Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy'. A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa". (Mt 5, 27-32)

Czy wobec tej zaciekłości zła, które usiłuje zbrukać tę świętą tajemnicę, wyszydzić godność kobiety i mężczyzny - jedynym wyjściem jest stanąć z rozłożonymi rękami i powiedzieć: ‘Nic nie da się zrobić...’ ?

Przykłady ostatnich lat - tak na świecie, jak i w Polsce - pokazują, że jest możliwe przeciwstawianie się złu w tej dziedzinie przez propagowanie czystości. Amerykański ruch „True love waits” (Prawdziwa miłość czeka) czy też polski „Ruch Czystych Serc” to świadectwo, że dzisiejszy człowiek - także młody - stara się przeżywać swoje życie w sposób czysty i piękny.
 
Nauka tego przeżywania pozostaje aktualna przez całe ludzkie życie. Szatan bowiem nie będzie dawał za wygraną. Jednak – choćby się zdawało, że wygrywa tę walkę – należy pamiętać, że ostateczne zwycięstwo i tak należy do Boga, który patrzy na każdego człowieka w niezmierzoną delikatnością i szacunkiem, i pragnie, aby wszyscy ludzie też tak na siebie właśnie patrzyli.

środa, 1 czerwca 2016

"...Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych..."

(source: Pixabay)
 
Kiedyś przeglądałam listę pytań, postawionych przez użytkowników na pewnym katolickim forum pomocy. Znamienne, że powtarzała się z dość dużą częstotliwością - choć odmieniana przez różne osoby, przypadki i historie życia - pewna kwestia: „Jak jest TAM?” Jak jest za granicą śmierci? Jak wygląda życie po życiu? Do czego można to przyrównać? Prowadzący forum cierpliwie starali się udzielać odpowiedzi, zgodnych z Magisterium Kościoła. Nikt z nich jednak nie mógł napisać: ‘Wiem, że jest tak i tak’.

Podobne pytania stawiają sobie - całkiem szczerze - ludzie wszystkich kultur, religii, czasów. Podobne pytanie słyszę także w dzisiejszej Ewangelii, ale w tym przypadku miało ono być akurat swoistą pułapką na Jezusa.
Sadyceusze opowiadają historię pewnej kobiety, która w ciągu swego życia miała siedmiu mężów. Kończą tak: „Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę.” (Mk 12,23) Odpowiedź Jezusowa pełna jest mocy i prostoty: „Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie.” (Mk 12,25)

A ponieważ sadyceusze nie wierzyli w zmartwychwstanie, Jezus dodaje: „Co zaś dotyczy umarłych, że zmartwychwstaną, czyż nie czytaliście w księdze Mojżesza, tam gdzie mowa "O krzaku", jak Bóg powiedział do niego: Ja jestem Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba. Nie jest On Bogiem umarłych, lecz żywych.” (Mk 12,26-27a)

Życie wieczne istnieje naprawdę. Jak mówi autor natchniony Księgi Mądrości: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem swej własnej wieczności.” (Mdr 2,23) Na razie jednak dla człowieka żyjącego na tym świecie jest ono wielką tajemnicą. Zaś wytrwałe przybliżanie się do tej tajemnicy jest powołaniem. I to nie zastrzeżonym dla nielicznych. Bóg dał je, jako dar, wszystkim swoim dzieciom.

Pisze o tym święty Paweł w Drugim Liście do Tymoteusza: „Nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię.” (2 Tm 1,7-10)

Bezcennego powołania do życia z Bogiem w Niebie trzeba strzec, jak najdroższego skarbu. Trzeba czasem walczyć, jak żołnierz, o wytrwanie w wierze, nadziei i miłości, zwłaszcza w ogniu pokus i prześladowań ze strony Szatana. Czy taka walka i zmagania o zachowanie łaski uświęcającej w swojej duszy to wstyd? Nie. To zaszczyt i okazja, by opowiedzieć Bogu o swojej kruchej, ale szczerej, ludzkiej miłości do Niego. Tak, jak to czynił św. Paweł, który wyznał: „Z tej właśnie przyczyny znoszę i to obecne cierpienie, ale za ujmę sobie tego nie poczytuję, bo wiem, komu uwierzyłem, i pewien jestem, że mocen jest ustrzec mój depozyt aż do owego dnia.” (2 Tm 1,12).

Takie zmagania będę musiała toczyć aż do ostatniego dnia mojej ziemskiej wędrówki. Ale wierzę, że warto uczynić wszystko, przeżyć życie jak najpiękniej, by po nim móc się spotkać z Bogiem twarzą w twarz w Jego Królestwie. A wtedy pewnie przekonam się, że jest tam „totaliter aliter” (zupełnie inaczej) i o wiele cudowniej, niż mogłam to sobie wyobrazić i wymarzyć.

piątek, 20 maja 2016

"Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela..."

(source: Pixabay)
Różnie układają się ludzkie losy. Rodzina jednego z moich znajomych została pewnego dnia brutalnie wyrwana przez zawieruchę wojenną z jednego z krajów europejskich i zmuszona do emigracji na drugą półkulę, aż do Ameryki Południowej. Doświadczali dotkliwie ogromnej biedy, ale nie załamali rąk.
Ojciec rodziny najmował się różnych prac, a matka rodziny zajmowała się domem, który - według słów tegoż znajomego - zawsze był pełen pogody i radości, mimo ubóstwa. Każde z dzieci, które przyszły na świat (a w sumie narodziło się ich ośmioro) było chciane, oczekiwane i kochane. Wzrastały w atmosferze wzajemnego szacunku, zaufania, miłości. Obrały różne drogi życiowe: jeden z synów został zakonnikiem-kapłanem.
I tenże właśnie syn, pracujący wtedy w Europie, przed kolejnym wyjazdem z rodzinnego domu, w czasie uroczystej i spokojnej kolacji, spożywanej tylko w obecności rodziców zdecydował się zapytać ich: ‘Jeśli możecie, odpowiedzcie mi: Co było dla Was najważniejsze, fundamentalne w czasie tych wszystkich-ponad 50- lat Waszego małżeństwa?’

Jak sam przyznał, oczekiwał odpowiedzi ‘Miłość’. Tymczasem usłyszał jednomyślnie, w tym samym momencie wypowiedziane z wewnętrznym żarem: ‘Wiara! Bez wiary byśmy nie przetrwali. Bez wiary, że to Bóg dał nam siebie; że to Bóg nas prowadzi, choć taką trudną i krętą drogą, wytrwanie w dobrej i złej doli nie byłoby możliwe...’

Pod tymi słowami pewnie mogłoby podpisać się wiele małżeństw, zwłaszcza tych, które spędziły ze sobą wiele lat życia. Gdyby zapytać ich, jaką mają ‘receptę’ na szczęśliwe małżeństwo (co wcale nie znaczy ‘małżeństwo bez trosk’) odpowiedzi by mogły być różne: ‘Wiara, miłość, wzajemny szacunek, przebaczenie...’ Do tej listy każde małżeństwo może dopisać kolejny podpunkt.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu św. Jakub Apostoł też dopisuje jeden z nich, który jest szczególnie aktualny zwłaszcza w małżeństwie: „Nie uskarżajcie się, bracia, jeden na drugiego, byście nie popadli pod sąd. Oto sędzia stoi przed drzwiami. Za przykład wytrwałości i cierpliwości weźcie, bracia, proroków, którzy przemawiali w imię Pańskie. Oto wychwalamy tych, co wytrwali. Słyszeliście o wytrwałości Hioba i widzieliście końcową nagrodę za nią od Pana; bo Pan pełen jest litości i miłosierdzia. Przede wszystkim, bracia moi, nie przysięgajcie ani na niebo, ani na ziemię, ani w żaden inny sposób: wasze "tak" niech będzie "tak", a "nie" niech będzie "nie", abyście nie popadli pod sąd.” (Jk 5,9-12)

Alarmujące są dane, wskazujące na zwiększającą się ilość rozwodów. A przecież przysięga małżeńska kończy się „...oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci”. Niebo całe było świadkiem tej przysięgi. I to Niebo staje się czasem potem świadkiem jej złamania.

Nie mnie oceniać. Jestem świadoma, jak bardzo skomplikowane bywają ludzkie drogi i bolesne człowiecze losy. Każde małżeństwo jest ogromnym darem dla świata i Kościoła, i zarazem ogromną tajemnicą. W Bożym zamyśle ma być ‘Kościołem Domowym’, którego członkowie wzrastają „w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (por. Łk 2,52)

O nierozerwalności małżeństwa przypomina też Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Przystąpili do Jezusa faryzeusze i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: "Co wam nakazał Mojżesz?" Oni rzekli: "Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić". Wówczas Jezus rzekł do nich: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela". (Mk 10,2-9)

Pochylam się ze czcią i głębokim szacunkiem przed tajemnicą każdego małżeństwa i rodziny. Wiele z nich ‘narodziło się’ na moich oczach: myślę tu o małżeństwach (a dziś już często i rodzinach - nieraz wielodzietnych) moich kolegów i koleżanek, przyjaciół i przyjaciółek. Tym większy mój szacunek i podziw, bo wiem, jak bardzo wymagające jest to piękne powołanie. Wiem, że istnienie szczęśliwych małżeństw i rodzin to nie bajka, nie ‘science fiction’, ale rzeczywistość. Ja sama narodziłam się w takiej rodzinie - i Bogu samemu za to dziękuję.

Jeśli jednak ktoś, czytając słowa tego komentarza, poczułby, że obraz przeze mnie nakreślony jest niepełny i miałby zarzut, że ‘piszę o czymś, na czym się tak do końca nie znam’ – ma pełne prawo tak pomyśleć i poczuć.

Moje pochylenie się ze czcią i szacunkiem nad tajemnicą powołania do życia w małżeństwie i rodzinie jest bowiem także szczególną i gorącą modlitwą: o to, bym - jeśli taka jest wola Boża - sama mogła doświadczyć tej tajemnicy przez spotkanie tego ‘Kogoś’ komu mogłabym ślubować „miłość, wierność i uczciwość małżeńską” - oraz wytrwać w tym ślubowaniu aż do śmierci.