wtorek, 13 września 2016

"...Na jej widok Pan użalił się nad nią..."

(fot. Agnieszka Skowrońska)
Stare zdjęcia. Zeszyty z pierwszych klas szkoły podstawowej, a w nich nieporadnie stawiane literki. Wspomnienia, pamiątki. Wystarczy niewiele. Każdemu może się zdarzyć niespodziewany powrót do przeszłości. I mnie się zdarzył, gdy - porządkując mój księgozbiór - natrafiłam na książkę E.Gősker „Piotr i Urszula. Przygody dzieci w drodze do Jezusa”. Ze wzruszeniem przeglądałam te 93 strony, które kiedyś, przed kilkunastoma laty pomogły mi przygotować się do Pierwszej Komunii Świętej.
 
W tej to książce, wśród licznych historii, znalazłam i taką, którą tytułowej parze głównych bohaterów opowiada ich mama: „Pamiętam, kiedyś, gdy byłam jeszcze mała, opowiadano o pewnej matce z naszej okolicy, że bardzo gorąco modliła się o zdrowie dla swego 10-letniego syna, ciężko chorego. Chłopiec rzeczywiście wyzdrowiał. Minęło dalszych dziesięć lat. Chłopiec dorósł, ale dostał się w złe towarzystwo i w czasie bójki zabił kolegę. Matka znów rozpaczała i wciąż powtarzała znajomym, że lepiej byłoby, gdyby syn zmarł jako dziecko podczas choroby. Kiedy jednak lepiej jest umrzeć niż żyć, wie tylko Pan Bóg... Dlatego nie powinniśmy mieć żalu do Niego, gdy nie wysłucha naszej modlitwy i ześle śmierć...”

„Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: "Nie płacz". Potem przystąpił, dotknął się mar, a ci, którzy je nieśli, stanęli. I rzekł: "Młodzieńcze, tobie mówię, wstań". Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: "Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój". I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.” (Łk 7, 11-17)

Jak wielka musiała być rozpacz nieszczęśliwej matki! Jak wielki ból musiał rozrywać jej serce, skoro Ten, który przenika i zna każdego, „użalił się nad nią”. Żałobna procesja zmieniła się w pochód życia i uwielbienia Boga. Zaprawdę, Bóg - zwycięzca śmierci - łaskawie nawiedził swój lud.
Pewnie jednak Jezus widział już swoim Boskim spojrzeniem inną procesję, która miała przejść za jakiś czas ulicami Jerozolimy. Wtedy inny Syn: Pierworodny, Jedynak, ukochane Dziecko Matki-Wdowy, będzie dźwigał Krzyż, by w końcu na nim umrzeć... Ale na tamtej, krzyżowej, drodze nie stanie nikt, by powstrzymać śmiertelny pochód. A Ten, który pozwoli na chwilę zatryumfować śmierci, choć przejdzie przez jej wrota -  jednak wyjdzie z nich zwycięski. On – a wraz z Nim cała rzesza tych, którzy Mu uwierzyli i Go umiłowali.

Taka jest nasza wiara. Taka jest moja wiara, że Bóg jest Panem Życia i Śmierci. I że On wie dobrze, kiedy wezwać danego człowieka do Siebie, a kiedy pozostawić go jeszcze na ziemi. Lecz kiedy rozważam tę Ewangelię, czuję skurcz serca, wobec którego prawdziwość przysłowia „Czas leczy rany” jakoś dziwnie nie znalazła zastosowania. Jako małe dziecko musiałam pożegnać się (na ten Boży ‘moment’ mojej dalszej ziemskiej wędrówki) z moim Tatusiem, który zmarł w wyniku choroby nowotworowej. Nie dane mi było radować się jego widzialną obecnością w chwilach mojego dorastania, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Wierzę, że mogę go szukać w Niebie - i że stamtąd Tatuś opiekuje się mną co najmniej tak samo czule, serdecznie i skutecznie. Tylko czasem, a nawet częściej, niż czasem - tak po ludzku - żal, że Jezus nie dokonał cudu, nie cofnął nieuleczalnej choroby. Przecież mógł. Przecież widział wtedy zrozpaczone dziecięce serce, które błagało o pomoc... Dlaczego w tak bolesny sposób wysłuchał nieporadnej modlitwy, w której obiecywałam, jak niegdyś Psalmista: „Będę śpiewał o sprawiedliwości i łasce, Tobie chcę śpiewać, o Panie. Będę szedł drogą nieskalaną, kiedyż Ty do mnie przyjdziesz?”(Ps 101,1-2a)
  
Wierzę, że przyszedł. Wierzę, że był blisko i że użalił się w tamte, lutowe dni, nad bólem zrozpaczonych serc: mojej Mamy i moim. Wierzę, że jest blisko także i teraz, choć ja nie umiem tego bardzo często dostrzec, a co dopiero odczuć. Lecz to nie o odczucie chodzi.

Wierzę też, że idąc drogą właśnie takiego - uczciwego - postępowania, kiedyś, gdy spotkam się z Nim i z tymi, których kochałam, w wieczności - On sam pozwoli mi poznać i zadziwić się ogromem Swojej miłości i troski, której dziś nie rozumiem. A która wtedy zaowocuje o wiele wspanialej, niż bym mogła to sobie wymarzyć moim ciasnym, ludzkim umysłem i sercem.

niedziela, 11 września 2016

Błogosławiona Mario Celeste Crostarosa - módl się za nami!

(portret  Marii Celeste Crostarosa aut. Giuseppe Lomuscio)
 
11 września. Tego dnia w roku 2001 świat wstrzymał oddech, gdy w dwie wieże World Trade Center wbiły się samoloty pasażerskie uprowadzone przez zamachowców. Nawet i dziś nagłówki gazet, wspominając ten tragiczny dzień, krzyczą 'Gdzie był wtedy Bóg?!'

Dzień 11 września już na zawsze będzie związany z tymi wstrząsającymi wydarzeniami w Nowym Jorku. Trzeba, aby świat o nich nie zapomniał: o tych, którzy wtedy zginęli - ale i o tym, że zło nie jest "zabawką", ale rzeczywistością realną i osobową. Szatan zawsze będzie dążyć do tego, by wśród ludzi szerzyła się nienawiść - a nie zgoda, braterstwo, miłość wzajemna. A choć może się coraz częściej wydawać, że to zło wygrywa - jednak trzeba wierzyć i pamiętać, że ostatnie słowo należy właśnie do Miłości czyli do Boga.

W roku bieżącym - 2016 - 11 września przypada w niedzielę, która w porządku liturgicznym ma zawsze pierwszeństwo nad wspomnieniami świętych. W kalendarz liturgiczny jednak - też właśnie od roku 2016 - wpisane jest wspomnienie niezwykłej świętej: błogosławionej Marii Celeste Crostarosa, założycielki Zakonu Najświętszego Odkupiciela.

Błogosławiona Maria Celeste Crostarosa urodziła się pod rozsłonecznionym włoskim niebem: w Neapolu. Przyszła na świat 31 października 1696 roku jako dziesiąte dziecko Pauli Battista i Józefa Crostarosa. Tego samego dnia została ochrzczona imionami: Julia Marcela Santa. Warto wspomnieć, że 34 dni wcześniej - także w Neapolu - urodził się inny wielki święty Kościoła: św. Alfons Maria de Liguori. W przyszłości Opatrzność Boża skrzyżuje drogi tych dwojga świętych neapolitańczyków. Błogosławiona Maria Celeste stanie się założycielką Zakonu Najświętszego Odkupiciela, zaś św. Alfons Liguori założy Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela (znane jako Ojcowie Redemptoryści). Swoją drogą, bł. Maria Celeste w październiku 1731 roku otrzymała objawienie z Nieba, dotyczące św. Alfonsa Liguori właśnie jako założyciela nowego Zgromadzenia.

O tym, jak bogate i fascynujące było życie błogosławionej Marii Celeste Crostarosa, można przeczytać tu:
http://redemptorystki.pl/sites/default/files/Crostarosa-chronologia%20zycia.pdf  Po niezwykle intensywnym życiu odeszła Ona, w opinii świętości, do Nieba 14 września 1755 roku - w święto Podwyższenia Krzyża Świętego.
 
Jej duchowe córki - mniszki Zakonu Najświętszego Odkupiciela czyli Siostry Redemptorystki - żyją także w Polsce. Ich jedyny w naszym kraju klasztor mieści się na uroczym wzgórzu Trzy Lipki w Bielsku-Białej.

Oddam teraz głos samym Siostrom, aby się przedstawiły - w opisie z ich oficjalnej strony:
"Jesteśmy Zakonem kontemplacyjnym, którego sercem jest miłość stająca się modlitwą, pracą, serdeczną gościnnością, radosną służbą sobie nawzajem, w prostocie życia, jaka zapewne panowała w Nazarecie. Wszystko, czym żyjemy i co robimy pragniemy uczynić radosnym darem-modlitwą za tych wszystkich, których Jezus umiłował i my miłujemy.
 
Tak więc każdego dnia obejmujemy modlitwą cały świat i każdego człowieka na świecie. Tak więc każdego dnia "siedem razy" bierzemy do ręki Brewiarz, aby w jedności z całym Kościołem śpiewać naszemu Bogu i wypraszać braciom "obfite odkupienie". Bierzemy do ręki liczne narzędzia pracy, zaczynając od tych najprostszych, jak motyka i miotła poprzez igłę i nożyczki, aż po pióro i komputer - w zależności od potrzeb i możliwości każdej z nas. W ten sposób chcemy czynić ten świat piękniejszym i na wszelkie sposoby przekazywać braciom piękno Bożej miłości oraz życia w przyjaźni z Jezusem i w duchu braterstwa i wzajemnej życzliwości.

Żyjąc blisko Pana, w promieniach Jego obecności, cieszymy się szczęściem jakie płynie z doświadczenia Jego miłości, naszego dziecięctwa, z tego, że każdego dnia bardziej odkrywamy jak wielką wartość ma wspólnota i życie we wzajemnej miłości. Jesteśmy świadome jak wielki dar Bóg złożył w nasze ręce, ale nie po to, abyśmy go zatrzymały dla siebie. Dlatego każdemu, kto chce zakosztować jak dobry jest Pan, kto pragnie chwili ciszy i pokoju, dajemy możliwość takich dni skupienia, wyciszenia, poszukiwania głębi i modlitwy z nami.

Z tymi, którzy chcą dzielimy się naszym doświadczeniem Boga, naszą drogą modlitwy i budowania wspólnoty. I tak poprzez modlitwę i serdeczną gościnność realizujemy nasze posłanie w Kościele, aby być redemptorystkami, tzn. takim znakiem, który przypomina, że jest Ktoś, kto nas bezgranicznie kocha, a tym Kimś jest sam Bóg Ojciec. Dlatego całym naszym życiem: modlitwą i pracą chcemy być miłością, a każdą chwilę życia uczynić miłością, aby ci, których spotykamy lub dotykamy mocą modlitwy, poczuli się kochani przez Boga, aby nie czuli się sami i smutni. Nasza Matka Założycielka, Maria Celeste Crostarosa, pozostawiła nam nawet czerwony (bordowy) habit, jako znak miłości i taki nosimy do dziś, we wszystkich klasztorach naszego Zakonu, a jest ich około 50 na wszystkich kontynentach." [za: redemptorystki.pl]

Czemu o tym wspominam? Z ogromnej wdzięczności Panu Bogu. On to sam miał tę wspaniałą Fantazję, aby stworzyć i powołać błogosławioną Marię Celeste Crostarosa do życia tak ściśle z Nim samym złączonego. Przez Nią zaś - i przez Zakon, dzięki Jej determinacji i poświęceniu założony - dziś także właśnie Pan Bóg sam ukazuje światu swój uśmiech, swoją miłość.

Tak bardzo osobiście: miałam tę łaskę spotkać Siostry Redemptorystki pierwszy raz niemal 20 lat temu czyli 8 lat po ich przybyciu do Polski (co miało miejsce w roku 1989). Nasza znajomość rozpoczęła się od prośby o modlitwę, którą im przesłałam. Otrzymana odpowiedź urzekła mnie i sprawiła, że zapragnęłam poznać Siostry osobiście. Było mi to dane pierwszy raz w roku 1997 (o czym wspominam, z uśmiechem wzruszenia i pewną dozą humoru, tu: https://slowemotulone.blogspot.com/2016/06/pan-natomiast-patrzy-na-serce.html)

Po tym pierwszym spotkaniu były kolejne: w roku 1998, 1999, 2000, 2001...2007 oraz - całkiem niedawno - w połowie sierpnia 2016 roku. Mój kontakt korespondencyjny z Siostrami jest za to nieprzerwany przez te wszystkie lata, dzięki czemu mogę powiedzieć z wielką serdecznością i wzruszeniem: "Wiem, że naprawdę MAM Kochane SIOSTRY tu, na Ziemi...!"

Ilekroć piszę do Sióstr list tradycyjny, e-mail czy telefonuję - a zwłaszcza gdy mam łaskę bezpośredniego spotkania z Nimi - doświadczam czegoś przedziwnego: wiem, że oddycham Panem Bogiem. Jak to możliwe? Przede wszystkim dzięki ich charyzmatowi: modlitwy, radości, gościnności a nade wszystko OBECNOŚCI: nieustannej obecności na bielskim wzgórzu, które powinno być właściwie już nazywane "Świętą Górą".

Moja codzienność jest bardzo aktywna, najczęściej ogromnie zabiegana. W którymś momencie, planując tegoroczny kilkudziesięciogodzinny urlop poczułam, że bardzo potrzebuję wejścia w "orbitę modlitwy", która - jak fale morskie niosą jacht - poniosłaby mnie bliżej Pana Boga. Zapytałam więc Sióstr, czy przez kilka chwil nie mogłabym pobyć z Nimi: przede wszystkim w ich klasztornej kaplicy, w której spędzają na modlitwie wiele godzin dziennie? Dzięki ich zgodzie - faktycznie przez kilka dni mogłam oddychać pełnym sercem modlitwą: Sióstr i moją. Działo się to w czasie codziennych Eucharystii, środowego nabożeństwa Nowenny do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, adoracji Najświętszego Sakramentu oraz - kilka razy w ciągu każdego dnia - modlitwy Liturgią Godzin czyli Brewiarzem.
 
(fot. Agnieszka Skowrońska)
 
Dla błogosławionej Marii Celeste Crostarosa, a także dla Jej duchowych córek również w czasach współczesnych, Pan Jezus był i jest jedynym "Oblubieńcem, Dobrem, Słońcem". I tak, jak Słońce ogrzewa i rozjaśnia każdego, kto się znajdzie w zasięgu jego promieniowania - tak i ja byłam świadkiem, że modlitwa przemienia nie tylko serce, ale i całego człowieka.

Jak cudowne są Siostry Redemptorystki! Ta miłość, którą przyjmują w Eucharystycznym Chlebie i w którą wpatrują się godzinami w czasie modlitwy, promieniuje z każdej z nich! Wystarczy spojrzeć w ich oczy, zobaczyć ich uśmiechy (jak również usłyszeć niesamowity, najczystszy - dziecięcy wręcz - śmiech...!), czy w końcu poczuć ich serdeczny uścisk! Tak, uścisk! Mimo że jest to zakon z klauzurą papieską - znakiem zewnętrznym owej klauzury nie są kraty, a rodzaj balasek, który - wyraźnie oddzielając "strefę Sióstr" od "strefy świata" tak w kaplicy jak i w rozmównicach - pozwala jednocześnie na doświadczenie tej Bożej czułości i serdeczności także przez uścisk!

Moim doświadczeniem tych kilkudziesięciu godzin spędzonych w bliskości Sióstr Redemptorystek zawsze był i jest...głęboki pokój. Taki, którego świat nie może dać. Taki, który płynie jedynie z serc zjednoczonych z Bogiem, zasłuchanych w Jego głos, realizujących Jego wolę w pełnej wolności i z przeogromną miłością. Zanurzyłam się po raz kolejny w moim życiu, właśnie w tamtym "świętym miejscu", w tym pokoju - i uznaję to za przeogromny dar Bożej Opatrzności.

Dlatego dziś dziękuję Bogu za Osobę błogosławionej Marii Celeste Crostarosa. Za Tę, która chciała być - i była przez całe swoje prawie 59-letnie życie - "płonącą pochodnią Bożej miłości". Za Tę, której wspomnienie liturgiczne właśnie w dniu 11 września przypomina, że największa jest Miłość, która ostatecznie zwycięży wszelkie zło. Uwielbiam Boga za Nią i za każdą z Jej duchowych córek - Sióstr Redemptorystek, które są dla świata "żywą pamiątką" (viva memoria) miłości Boga do każdego człowieka.
I, wraz z Siostrami oraz z Kościołem, modlę się z radością: Błogosławiona Mario Celeste - módl się za nami!

...P.S. Czyż może nie być dla mnie źródłem dodatkowej radości fakt, że właśnie 11 września - czyli od 2016 roku - wspomnienie błogosławionej Marii Celeste Crostarosa to od wielu, wielu...lat szczególny dla mnie dzień: rocznica Chrztu Świętego? Modlę się więc za Jej wstawiennictwem o to, aby wyprosiła mi u Boga łaskę wierności i Nieba. Amen!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

"...Jan bowiem wypominał Herodowi..."

(source: Pixabay)
Oglądałam kiedyś ciekawą reklamę filmów do aparatów fotograficznych (markę pominę milczeniem). Bohaterem tejże reklamy był kameleon, który zmieniał kolor w zależności od koloru przedmiotu położonego w zasięgu jego wzroku. Kiedy była to cytryna- kameleon stał się żółty. Gdy zaś zobaczył czerwone jabłko- cały zrobił się czerwony. Jego spojrzenie rzucone do kamery mówiło wręcz ‘Jestem wspaniały!’ Jednak kolejnym przedmiotem, który zobaczył, była rolka filmu kolorowego. Kolory, które on oferował, musiały być tak różnorodne i intensywne, że kameleon stał się najpierw tęczowy, potem zaczął migać tęczowymi kolorami, a potem nagle zszarzał i...spadł z gałęzi, na której siedział. Bycie tak zmiennym nie wyszło mu, widać, na zdrowie.
 
Wielu ludzi także staje się kameleonami. Zmieniają ‘kolory’: zdania, postawy w zależności od sytuacji, od spodziewanych korzyści bądź dla uniknięcia przewidywanych konsekwencji swoich niewłaściwych wyborów i czynów. Można by powiedzieć, że ‘tańczą tak, jak im grają’. Czy to właściwa droga? Czy jest to uczciwe?

Bohater dnia dzisiejszego – św. Jan Chrzciciel - którego męczeństwa wspomnienie dziś obchodzi Kościół, własnym życiem ukazał, że człowiek poważnie traktujący Boga, wiarę i ludzi nie może być ‘nieokreślony’ i zmienny. Zwłaszcza w kwestiach, które nie podlegają dyskusji - tak, jak Boże prawo.
 
Św. Jan Chrzciciel przez swoje prorockie zaangażowanie wypełnił słowa skierowane niegdyś przez Boga do proroka Jeremiasza: „Przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę. Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi. A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię [zwyciężyć], gdyż Ja jestem z tobą - wyrocznia Pana - by cię ochraniać.” (Jr 1,17-19)

Syn Zachariasza i Elżbiety nad brzegiem Jordanu mówił wszystko, co mu kazał mówić Duch Pana. Nie zważał na to, czy te słowa napomnienia będą miłe dla słuchaczy, czy też będą dla nich przykre przez bezlitosne odsłanianie prawdy o ich grzeszności.

Prawo Boże jest niezmienne. Takie samo dla biedaka i bogacza. Dla nędzarza i króla. Pozycja społeczna nie uprawnia nikogo, by poczuł się zwolniony z przestrzegania przykazań. Król Herod jednak zdecydował się być ponad prawem Bożym i złamał je, odbierając żonę swojemu bratu. Jan Chrzciciel wypomniał mu ten czyn. Zamiast podziękowania otrzymał krwawą zapłatę.

Słyszę o tym w dzisiejszej Ewangelii: „Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mnie, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”. Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.” (Mk 6,17-29)

Św. Jan Chrzciciel pewnie zdawał sobie sprawę, że za swoją nieugiętą postawę może zapłacić kiedyś życiem. Pozostał jednak wierny swojemu sumieniu. Tak względem wypełniania Bożych przykazań w swoim sercu, jak i w trosce o życie Boże w sercach innych. Pragnął dobra dla ich dusz i nie wahał się upominać tych, którzy szli drogą ku potępieniu.

Taka postawa nie jest popularna w XXI wieku. Coraz trudniej spotykać ludzi, którzy czarne nazywają czarnym, a białe białym. Dziś preferowane są szarości o różnych odcieniach. Człowiek nie został stworzony po to, aby był zmiennym kameleonem. Bóg zapisał Swoje prawo w każdym ludzkim sercu. Dał też cudowny, choć niedoceniany, dar wyrzutów sumienia. Tak, jest to dar. Jest to głos Boga samego w głębi serca. Błogosławieni, którzy umieją się weń wsłuchać, póki czas. Póki nie jest za późno...

Panie, przez wstawiennictwo św. Jana Chrzciciela, proszę Cię, bym w życiu kierowała się Twoim prawem. Proszę, bym słuchała Ciebie upominającego mnie przez głos sumienia i bym nigdy nie odważyła się tego głosu zagłuszyć. I bym pamiętała słowa pieśni „Nie zamykajmy serc, zbawienia nadszedł czas, gdy Chrystus puka w drzwi – może OSTATNI RAZ.”

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"...Wielkie będzie Jego panowanie..."

(source: Pixabay)
 
Pasją niektórych osób jest kolekcjonowanie fotografii, czasem autografów lub innych pamiątek, związanych ze sławnymi ludźmi. Przyjemnie jest pochwalić się przed innymi zdjęciami, na których ktoś sławny patrzy na nas, a może ściska dłoń...

Dość sceptycznie podchodziłam do tego typu emocji, ale kiedy w Roku Jubileuszowym 2000 miałam możliwość sfotografowania Ojca Świętego - św. Jana Pawła II z odległości ok. 2,5 metra (i to bez tłumów dzielących mnie od niego, gdyż stałam za barierką przy trasie Jego wolnego przejścia), wtedy doświadczyłam tego ‘czegoś’: tego dreszczu emocji, ale bardziej takiego dobrego promieniowania świętości, a pewnie i promieniowania Jego ojcostwa. Jeszcze bardziej zaś mogłam tego doświadczyć, gdy miałam łaskę podejść do św. Jana Pawła II...móc poczuć dotyk Jego błogosławiącej dłoni na moim czole...

Papież, królowie, możni tego świata, aktorzy, dziennikarze... lista ludzi sławnych z tego czy innego powodu rośnie z dnia na dzień. Nie każdy jednak może sobie pozwolić na osobisty kontakt z bohaterami oglądanymi najczęściej na szklanym ekranie.

W tej pogoni za sławą i ludźmi sławnymi często jednak zdarza się zapomnieć, że... takie spotkanie jest możliwe codziennie, a nawet przez cały dzień. W rzeczywistości mniej dotykalnej i mniej popularnej, niż ta z pierwszych stron gazet. W wymiarze duchowym. Słowa jednej z młodzieżowych piosenek uzmysławiają tę prawdę: „Jesteś Królem...Królem jest Bóg!”

Gdy rodzi się król, wtedy wielka radość panuje na ziemi jego narodzenia. Co dopiero, gdy rodzi się Król królów! O tej radości z narodzenia takiego właśnie Króla przypomina dziś prorok Izajasz w pierwszym czytaniu: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemiężcy jak w dniu porażki Madianitów. Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki. Zazdrosna miłość Pana Zastępów tego dokona.” (Iz 9,1-3,5-6)

Król ten - choć prawdziwy Bóg - zechciał przyjąć ludzkie ciało i narodzić się jako prawdziwy Człowiek. Chciał narodzić się w ludzkiej rodzinie. Zapragnął, aby już w dzieciństwie Jego maleńka dłoń mogła ściskać dłoń tak matczyną, jak i ojcowską.

Bóg tego zapragnął z całego Serca, ale nie chciał wdzierać się siłą w ludzki świat. Swoje przyjście uzależnił od jednego małego ‘Fiat’ – „Niech mi się stanie...” młodej kobiety z Nazaretu: „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”. Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. (Łk 1,26-38a)

Jako Matka Króla Maryja nie miała ‘królewskiego’ życia. Zamiast zaszczytów – wiele cierpienia. Nie miała dworu i służących. To Ona pozostała na zawsze pokorną Służebnicą Pańską. Nie było w Niej jednak krzty zwątpienia. Jej ‘Tak’ dla Boga jest nieodwołalne. Na każdą radość i każdy smutek. Nie cofnęła go nawet w obliczu dramatu Krzyża, gdy Jej Syn stał się Królem ukrzyżowanym. Ona jednak wierzyła niewzruszenie, że to nie koniec. Tę wiarę potwierdził blask poranku Zmartwychwstania.

Tę wiarę wyznaje także przez wieki Kościół słowami Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskiego: „I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych: a królestwu Jego nie będzie końca.”
 
Czy Ten, który króluje w Niebie, mógł nie ukoronować Swojej Matki? Uczynił to jako Bóg i jako Syn. Wspomnienie tej prawdy - że Najświętsza Maryja Panna jest Królową - dziś obchodzi cały Kościół.

Wołajmy z radością do Maryi hymnem brewiarzowym z Nieszporów tego właśnie dnia: „Kiedy modlisz się, Najświętsza, z Tobą modlą się niebianie. Niech, Królowo, Twoje prośby wzruszą serce Wszechmocnego. Matko, która możesz wszystko, spełnij dziś błagania wiernych, a po ziemskim bytowaniu daj nam błogi pokój nieba.” Amen.

czwartek, 18 sierpnia 2016

"...Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?..."

(source: Pixabay)
Pamiętam dobrze chwile, kiedy we Włoszech słupek rtęci w termometrach za oknem podnosił się znacząco już pod koniec maja. W tamtym rejonie świata temperatury rzędu 30 stopni Celsjusza w miesiącach letnich należą do codzienności, w której trzeba nauczyć się żyć. Dla mnie osobiście było to zawsze trudne, bo spacerując po mieście np. takim, jak Rzym, miałam wrażenie przebywania w nagrzanym piekarniku. Trudno było wtedy oddychać, a i pragnienie stawało się jakby większe i trudne do ugaszenia. Każda dodatkowa sztuka odzieży zdawała się krępować niby pancerz i grzać jak stalowa blacha. Stąd - skądinąd naturalna i zrozumiała - przemożna wręcz chęć posiadania jak najlżejszego ubioru.

Prawdziwą ochłodę w tych włoskich upałach stanowiły kościoły. Najczęściej wiekowe, w swoich murach pozwalały odetchnąć miłym chłodem. Jednak...zbyt skąpo ubrany przechodzień nie mógł wejść do nich łatwo. Przed wieloma kościołami ustawione były tablice przypominające, że osobom w stroju zbyt plażowym wstęp wzbroniony. Przed niektórymi kościołami bądź bazylikami spotkać można było nawet ‘strażników’, którzy zwracali baczną uwagę na ubiór tych, którzy szykowali się do wejścia. W razie niestosowności tegoż ubioru – zalecali zakrycie zbyt odkrytych części ciała. Jeśli komuś to się nie podobało - musiał zrezygnować z wejścia do kościoła. Nie pomagało tłumaczenie, że ‘myśmy tylko chcieli zobaczyć, zwiedzić...’ Strażnicy byli uprzejmi, ale stanowczy. Kościół to świątynia, miejsce kultu, Dom Boży. Jako takiemu należy mu się szacunek - nie tylko przez odpowiednie zachowanie, ale i przez strój.

Myśląc więc - zwłaszcza w niedziele i święta - o pójściu na Eucharystię, albo i nawet w tygodniu planując choć wejście do kościoła - musiałam uważnie dobierać poszczególne części mojego ubrania, przypominając sobie na spotkanie z KIM i GDZIE idę. Swoją drogą - dobrze, że już i w Polsce coraz śmielej przypomina się, zwłaszcza latem, o konieczności godnego stroju w miejscach sakralnych. Przykre jedynie, że trzeba o tym przypominać...

Takie refleksje sprzed szafy z ubraniami w pewien sposób mogą korespondować z fragmentem Ewangelii, który Kościół proponuje na dziś: „Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.(...) Wtedy rzekł swoim sługom: «Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie». Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: «Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego?» Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: «Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz w ciemności. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów». Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych”. (Mt 22,2-3; 8-14)

Strój w kościele nie jest rzeczą błahą. Zwłaszcza w czasie Eucharystii, która jest ofiarą i ucztą. Jest realnym spotkaniem z Jezusem, prawdziwym Bogiem, który karmi swój lud Swym Słowem i Ciałem. Jest to spotkanie ważniejsze, niż wszystkie uczty i bankiety świata razem wzięte. Nie można ich nawet zresztą porównywać. Stąd bardzo smuci fakt, że ubiór wielu w kościele często odbiega od miana eleganckiego, a w ostatnich latach ma już nawet niewiele wspólnego z przyzwoitością.

Dzisiejsza Ewangelia jednak przez wspomnienie stroju weselnego chce zwrócić uwagę na jeszcze inną - fundamentalną - sprawę. Bóg ogarnia swoim miłującym spojrzeniem całego człowieka. Ze szczególną uwagą patrzy jednak w serce. Może to i dobrze, że każdy człowiek tajemnicę stanu swojej duszy nosi ukrytą dla ludzkich oczu. Jednak przed Bogiem jej ukryć nie można. Także więc i ja muszę właściwie codziennie podążać za spojrzeniem oczu Boga i pytać samą siebie: Czy moje serce jest odziane w szatę łaski uświęcającej; gotowe na spotkanie z Chrystusem w Komunii Świętej?

Panie, proszę Cię, bym nigdy nie zapominała o tym, że choć pozwalasz mi stawać przed Tobą taka, jaka jestem, ze wszystkimi słabościami, grzechami – jednak pragniesz, aby w moim sercu nigdy nie gasła Twoja łaska. Pomóż mi w niej trwać na co dzień. A gdy zdarzy się nieszczęście grzechu ciężkiego – daj mi łaskę nawrócenia i powrotu do Ciebie przez Sakrament Pojednania.
Kiedy zaś nadejdzie kres mojego ziemskiego życia – daj mi łaskę dobrej śmierci, czyli takiej, która jest bramą do wiecznej Uczty w Twoim Królestwie. Amen.

środa, 17 sierpnia 2016

"...lecz i oni otrzymali po denarze..."

(fot. Agnieszka Skowrońska)
 
Władza. Cel i obiekt tak wielu ludzkich marzeń i dążeń. Niejednokrotnie człowiek sobie myśli: „Gdybym to ja miał władzę i pieniądze...o, to inaczej bym ten mój świat urządził.” I być może przychodzi w końcu taki dzień, w którym pragnienie władzy przemienia się w rzeczywistość. Dobrze, jeśli w sercu rządzącego jest mocne postanowienie, aby jego decyzje miały na względzie dobro wspólne. Źle, kiedy mają na względzie tylko dobro jego samego.

Wtedy następuje dramat. Taki, o jakim słyszę w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Proroka Ezechiela: „Pan skierował do mnie te słowa: "Synu człowieczy, prorokuj o pasterzach Izraela, prorokuj i powiedz im, pasterzom: Tak mówi Pan Bóg: 'Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się owce moje, bo nie miały pasterza, i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza polnego. Rozproszyły się, błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku, i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał.'” (Ez 34,2-6)

Nieodparcie ten opis kojarzy mi się z sytuacją, jaką ja sama przeżywałam na rynku pracy oraz jaką przeżywali moi znajomi. Pewnie nie to dokładnie miał na myśli prorok Ezechiel, ale Słowo Boże przecież nie jest abstrakcją. Jest ponadczasowe i bardzo mocno osadzone w rzeczywistości. Instrumentalne traktowanie ludzi bezrobotnych, ale i pracowników, to nie jest jakaś upiorna bajka. Na ten temat można by raczej napisać wywiad-rzekę.

Temat bezrobocia podejmuje też dzisiejsza Ewangelia we fragmencie o robotnikach, czekających na zatrudnienie w winnicy. Jakże boleśnie, ale i prawdziwie brzmi ich odpowiedź na zapytanie gospodarza-pracodawcy: „Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: 'Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?' Odpowiedzieli mu: 'Bo nas nikt nie najął'. Rzekł im: 'Idźcie i wy do winnicy.” (Mt 20,6-7)

„Nikt nas nie najął...” – czyli ‘Nikt nas nie chciał, jesteśmy jak bezużyteczne rzeczy, czujemy się jak śmiecie.’ Nie wyolbrzymiam. Mam prawo tak napisać, bo samej mi to przyszło przeżywać i to niejeden raz. Wiem, jak się czuje człowiek bezrobotny, ale wiem, jak też czuje się człowiek, któremu dano szansę pracy. Jak bardzo cieszą jej owoce i zapłata za nią. Jak raduje KAŻDA złotówka...

Robotnicy z dzisiejszej Ewangelii otrzymali wszyscy po równo, po denarze - bo na tyle była zawarta ‘umowa’. Nic w niej nie było napisane drobnym drukiem, którego z reguły się nie czyta. Wszystko było jasne od początku. A jednak ta sprawiedliwość stała się powodem szemrania zwłaszcza tych, którzy pracowali najdłużej, a otrzymali taką samą zapłatę, jak pracownicy ostatniej godziny. Ale właściciel winnicy odpowiada na zarzuty tak: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20,13b-15)

Pamiętam dobrze dzień, w którym szemrałam wobec Boga podobnie, jak ci robotnicy: ‘Panie Boże, już tyle lat robię dla Ciebie tak wiele rzeczy...a nic mi się nie układa. Układa się innym, ale nie mnie. Innych wynagradzasz jakby bez ich wysiłku, a ja - mimo tylu wysiłków - nie mam nawet jednej setnej tego, co oni mają...’ Pamiętam ten dzień - i bardzo się go wstydzę. Wstydzę się także, ilekroć takie szemranie pojawia się na nowo w moim sercu. Zły przecież nie śpi...i nie przepuści żadnej okazji, aby takie "opary szemrania" na nowo w ludzkim sercu wzbudzić.

Zaczynam jednak - choć bardzo powoli - rozumieć tę prawdę, że zasady Bożej "pensji" nie są ustalane na ziemi i nie mogę jej obliczać wysługą lat lub dzieł w Jego służbie. Bóg naprawdę nie chce niczyjej krzywdy, bo jest dobrym Pracodawcą. W Jego winnicy każdy może znaleźć miejsce i pracę dla siebie. I ufać, że już i na tej ziemi, ale na pewno w Niebie ‘Boża wypłata’ przewyższy wszelkie ludzkie oczekiwania i pragnienia.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"...gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny..."

(source: Pixabay)
Niebo. Ciągle osłonięte mgłą tajemnicy, bo jest tajemnicą wiary. Każdy z ludzi wyobraża je sobie inaczej i ma do tego prawo, bo trzeba przekroczyć bramy wieczności, by doświadczyć, czym jest ten stan. W Katechizmie Kościoła Katolickiego można znaleźć takie słowa na opisanie czegoś, czego opisać się nie da: „To doskonałe życie z Trójcą Świętą, ta komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi, jest nazywane "niebem". Niebo jest celem ostatecznym i spełnieniem najgłębszych dążeń człowieka, stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia. Żyć w niebie oznacza "być z Chrystusem"  Wybrani żyją "w Nim", ale zachowują i - co więcej - odnajdują tam swoją prawdziwą tożsamość, swoje własne imię” (KKK 1024-1025)

Wielu najróżniejszych artystów próbowało na swój sposób wyrazić choć przeczucie tego, do czego tęskni ludzkie serce - nawet wtedy, gdy nie zdaje sobie z tego sprawy. Każdy bowiem marzy o nadejściu takiego czasu, kiedy ‘będzie lepiej’, kiedy nie będzie zła, wojen, łez, głodu, zimna, nienawiści... Wielu próbowało Niebo opisać słowem, odmalować pędzlem lub nutami. Nikomu się to nie udało. Szkic bowiem zawsze będzie daleki od oryginału. W przypadku zaś Nieba właściwie zupełnie niepodobny, gdyż „...ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują.” (1 Kor 2,9)

Kościół raduje się dziś uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat wiary przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w Konstytucji apostolskiej "Munificentissimus Deus". Kościół jednak niemal już od początku swojego istnienia wierzył, że Matka Boża, po zakończeniu ziemskiego życia, z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej.
 
Gdy staję przed Maryją i próbuję w medytacyjnej ciszy serca spotkać się z Nią, wtedy dostrzegam, że Jej życie nie było usłane różami. Wręcz przeciwnie: miecz boleści przeszywał nieraz Jej serce (por. Łk 2.35), a i słone łzy pewnie nie były obce Bożej Matce. Dlatego tym bliższa mi Ona jest: w troskach dnia codziennego i świątecznych radościach; w tym wszystkim, co wypełnia zwykłe ludzkie życie. Maryja przeszła przez nie cicho, jako pokorna Służebnica Pańska, otwarta na Boże wezwanie i posłuszna temu wezwaniu bez reszty.

Ta pokora i cichość Bożej Matki z całą pewnością budziła złość szatana, czyli tego, który jest uosobieniem wszelkiej pychy i który - niby smok - zieje nienawiścią do każdego, w kim dostrzega choć ziarno pokory. O tej walce pychy z pokorą słyszę także w dzisiejszym pierwszym czytaniu: „Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Ukazał się też inny znak na niebie: Oto wielki Smok ognisty, ma siedem głów i dziesięć rogów, a na głowach siedem diademów. Ogon jego zmiata trzecią część gwiazd z nieba i rzucił je na ziemię. Smok stanął przed mającą urodzić Niewiastą, ażeby skoro tylko porodzi, pożreć jej Dziecko. I porodziła Syna - mężczyznę, który będzie pasł wszystkie narody rózgą żelazną. Dziecko jej zostało porwane do Boga i do Jego tronu. Niewiasta zaś zbiegła na pustynię, gdzie ma miejsce przygotowane przez Boga.” (Ap 11,19a;12,1.3-6a)

Po czasie ‘pustyni’ ziemskiej, gdy dopełnił się czas ziemskiej pielgrzymki Maryi, została ona wzięta do Nieba. Ileż treści ma w sobie radosny okrzyk Kościoła, który w dzisiejszej prefacji woła ze świętym zadziwieniem do Boga: „Nie chciałeś bowiem, aby skażenia w grobie doznała Dziewica, która wydała na świat Twojego Syna, Dawcę wszelkiego życia.”

Okrzyk ten jest echem innego okrzyku, a raczej hymnu dziękczynienia „Magnificat” wyśpiewanego przez Maryję w Ewangelii: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest imię Jego.” (Łk 1,46-49)
 
Jeśli i ja przez całe swoje życie przejdę jako ‘służebnica Pańska’ w otwarciu na Bożą wolę, hojna w miłości i wytrwała w dźwiganiu codziennego krzyża - wtedy mogę mieć nadzieję wiary, że przyjdzie i dla mnie dzień, w którym dane mi będzie wyśpiewać mój osobisty ‘Magnificat’.

W dniu, który zna tylko Bóg, i przede mną otworzą się drzwi wieczności. Jeśli moim drugim imieniem w życiu będzie Miłość - wtedy za tymi drzwiami doświadczę tego, czego od zawsze pragnęło moje serce: Nieba.

O to, by tak się stało, pragnę błagać słowami modlitwy, którą także dziś zanosi Kościół, prosząc Boga o błogosławieństwo kwiatów i ziół: „...A gdy będziemy schodzić z tego świata, niech nas, niosących pełne naręcza dobrych czynów, przedstawi Tobie Najświętsza Dziewica Wniebowzięta, najdoskonalszy owoc tej ziemi, abyśmy zasłużyli na przyjęcie do Twojego domu" . Niech tak się stanie. Amen.